RELACJA: Overkill (13.03.2019, B90, Gdańsk)

Witam geeków melomanów!

Niejaki Grabarz śpiewał ongiś w piosence swojej formacji Pidżama Porno „Rock ‚n’ roll umarł,
rock jest martwy, stary.”. Akurat twórczość liryczna tego artysty była zawsze dla mnie czymś z pogranicza poezji i grafomanii, ale nie to nie jest w tym momencie istotne. Dlaczego przytaczam ten tekst? Ano dlatego, iż skojarzył mi się, gdy wyszedłem z koncertu, gdzie sumaryczna wartość wieku muzyków wielokrotnie przewyższa długość oficjalnego istnienia USA, kraju z którego przybyła gwiazda odbywającego się 13-go lutego w gdańskim B90 koncertu, legenda thrash metalu – Overkill. Dlaczego się skojarzył? O tym niebawem.

Jako support ekipy z New Jersey na scenie pojawili się również… No właśnie nie bardzo wiem kto. 😛 Przegapiłem dwa pierwsze występy, a strona klubu podaje sprzeczne informacje. W rozpisce godzinowej widniej zespół Chronosphere, ale już w opisie poszczególnych zespołów, przeczytać możemy o… Meshiaak. Może była jakaś podmianka na ostatnią chwilę, tego nie wiem. Podejrzewam, że na deskach sceny pojawili się natomiast Amerykanie z Flotsam And Jetsam, na podwórku thrashowym również znani, między innymi z tego, iż szeregi ich zasilał niegdyś niejaki Jason Newsted. Nie zobaczyłem, lekko żałowałem, życie idzie naprzód. 😉 Na rozpaczanie nie było czasu, bo oto na scenę wkraczała już niemiecka, muzyczna machina wojenna w postaci…

nl1

…Destruction! Przyznam bez bicia, że o Niemcach słyszałem więcej, niż słyszałem ich samych. Zanuciłbym pewnie z jeden utwór i to tyle. Nie przeszkadzało mi to jednak czerpać sporej frajdy z oglądania tych panów na scenie i słuchania tego, co mają do zaoferowania. A w ofercie posiadają takie produkty jak prędkość, precyzja, ciężar, agresja i cały magazyn energii. O tak, tego w muzyce ekipy zza Odry nie brakuje. Cały, niespełna godzinny występ był jazdą bez trzymanki na pełnych obrotach, od początku do końca, a B90 aż drżało w posadach.

nl1

Mieć godzinę na występ przy 17 wydawnictwach w dorobku (liczę zarówno LP, jak i EP) i wybrać jakąś sensowną setlistę jest z pewnością zadaniem niełatwym. Zespół skupił się w dużej mierze na starszych dokonaniach i sądząc po reakcji fanów, byli oni w pełni repertuarem usatysfakcjonowani. Mówiłem już o energii? Schmier (bas, wokal) i Mike (gitara), mimo posiadania już ponad półwiecza na karku, sprawiali wrażenie, jakby byli podłączeni pod jakieś samoodnawialne źródło energii, podpięte w jakiś sposób pod zgromadzonych pod sceną fanów. Pozostali muzycy na krok im nie ustępowali. Żałowałem tylko, że nie zdążyłem zobaczyć Destruction, gdy grał w nim jeszcze na perkusji nasz rodak – Vaaver, zawsze miły byłby taki patriotyczny akcent. Niemcy zrobili zniszczenie (kumacie… Destruction… Zniszczenie… dobra, nieważne), ale ekipa sprzątająca jeszcze nie wjeżdżała. Wjechali za to jegomoście z…

nl1

…OVERKILL!!!

Tu już historia prezentowała się nieco inaczej. Co prawda pierwszym wydawnictwem zespołu, z którym się porządnie zapoznałem był, wydany w 2017 r., „The Grinding Wheel”, ale od tego momentu zacząłem powoli zaległości w znajomości repertuaru Overkill uzupełniać, więc kompletnie zielony na ich koncert nie przyszedłem. 😉 Kumacie…? Zielony…? Sztandarowa barwa zespołu…? Dobra, znów nie wyszło… W każdym razie panowie weszli, rozwalili tak do końca to, co jeszcze stało i po niecałych 90 minutach zeszli ze sceny. Podpięli się chyba pod ten sam sprzęt zasilający, pod który podpięci byli wcześniej panowie z Destruction. Tylko pozazdrościć dziadkom takiej werwy. Co prawda Bobby „Blitz” (wokal) co i rusz znikał za sceną, żeby chwilkę odsapnąć i skorzystać z dobrodziejstwa butli z tlenem (59 lat, intensywna kariera i pokonany nowotwór robią swoje), ale gdy wpadał (dosłownie) z powrotem na scenę, był wulkanem energii.

nl1

Nie mogę się nachwalić zespołu za to, co tego dnia zaprezentował w B90. Pełen profesjonalizm i precyzja wykonania z jednej strony, a ogromny ładunek energetyczny i widoczna radość z grania z drugiej. Swoją drogą bardzo fajne było to zestawienie – bardziej brutalne, szybsze granie Destruction, skonfrontowane z nieco bardziej melodyjnym, punkowym brzemieniem Amerykanów. Blitz pomiędzy utworami ucinał sobie „pogawędkę” z publiką, a Derek Tailer (gitarzysta) praktycznie przez cały koncert gadał uśmiechnięty do widowni, jednocześnie grając na swoim instrumencie. Zespół zaprezentował się takim, jakim zapamiętałem go podczas ich występu lata temu w warszawskiej Stodole podczas festiwalu Metalmania Fest. Może z wyjątkiem perkusisty, bo na tej pozycji od niedawna gra w Overkill Jason Bittner, który przedtem grał w… Flotsam and Jetsam. 😛

Od strony realizacji nie ma się do czego przyczepić, nagłośnienie stało na wysokim poziomie, instrumenty nie zagłuszały się nawzajem, oświetlenie działało jak należy i podkręcało klimat, wszystko było na swoim miejscu. Podsumowania zatem czas i tu powrócę więc do wywodu z początku, do cytatu z Pidżamy Porno. Na scenie faceci po 50-tce łoją jak młodzieniaszki, pod sceną szaleje zaś pełen przekrój pokoleniowy. Od panów którym zagląda już w oczy śmiesznie niska wypłata z ZUS, po małolatów, którym równie daleko do legalnego zakupu alkoholu, jak i maszynki do golenia. Wszyscy szaleją, śpiewają słowa piosenek i doskonale się bawią. Rock’n’roll nie umarł, to dyrdymała bez pokrycia w rzeczywistości. A jeśli jeszcze nie widzieliście na żywo Overkill, to wybierzcie się kiedyś na ich koncert, nie pożałujecie. 🙂

Maggot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *