RECENZJA: Frontal Cortex „Passage”

Thrash, death, black, groove, progresja, psychodelia, heavy, power i wiele, wiele innych gatunków, podgatunków, a jeszcze chyba więcej odstępstw od utartych schematów. Fakt, jednoznaczne określenie gatunku, w którym obraca się zespół bywa częstokroć łatwe. Weźmy na przykład taki Overkill rodem z New Jersey. Goście naparzają rasowy thrash, z bardzo niekiedy wychodzącymi na powierzchnię, punkowymi korzeniami. I wszystko jasne, wątpliwości brak. Ale weźmy pochodzący z Olsztyna (tego na Warmii) zespół Frontal Cortex i już tak łatwo z etykietą nie jest. Rock/metal progresywny? Hard rock? Alternatywa? Etykiety, etykietki, pierdółki, cuda i wianki. Co więc właściwie słuchacz znajdzie na debiutanckim długograju grupy – „Passage”?

Jeszcze w trakcie słuchania otwierającego album „Graceless” (wraz z poprzedzającym go intrem) pomyślałem sobie „no polski Tool, jak w mordę strzelił”. Te bębenki na początek przywodzące na myśl wstęp do „Eulogy” z „AEnima”, maniera wokalna Grzegorza Gołaszewskiego przywodząca na myśl Maynarda, ten okrzyk na koniec utworu jakby żywcem wyjęty z końcówki wspomnianego „Eulogy”, charakterystycznie dźwięczący bas, klimat utworu też jednoznacznie kojarzący się z dokonaniami Tool. W głowie zapaliła się lampka ostrzegawcza, że być może mam do czynienia z jakąś tanią, mało ambitną kopią Keenana i spółki. Jednakże dalsze obcowanie z tym materiałem przekonało mnie, że sprawy inaczej się mają. Na „Passage” słychać bowiem nie tylko echa Tool, ale i chociażby Anathemy w obecnym wcieleniu, czy rodzimego Riverside. Nawiązań pewnie znalazłoby się więcej. Albo więc chłopaki z Olsztyna zrzynają od wszystkich jak leci, albo po prostu inspirują się innymi i w takich właśnie rejonach tworzą. Jestem przekonany, że mamy tu do czynienia z drugą opcją, że to właśnie im w duszy gra, co próbują – z powodzeniem – przekazać słuchaczowi za pomocą zawartych na „Passage” dźwięków. A dźwięki te są zaiste wyborne.

Całość skomponowana jest z bardzo dużym wyczuciem, poszczególne partie doskonale ze sobą współgrają, nie odnosi się wrażenia, że jakieś dźwięki znalazły się tu przez przypadek. Jak na debiut, materiał ten brzmi wyjątkowo dojrzale i przemyślanie. Nie mamy tu do czynienia z niejednokrotnie widocznym, lub raczej słyszalnym, swoistym syndromem pierwszej płyty, na którym artyści szukają jeszcze ewidentnie swej muzycznej tożsamości. Na „Passage” słychać doskonale, że poszukiwania skończyły się w sali prób, a finalny produkt jest spójny, konkretny i zgodny z założeniami specyfikacji. 😉 Nie zamierzam tu nawet wyróżniać jakiegoś konkretnego utworu, bo wszystkie trzymają równy poziom. Wyróżnienie jednego byłoby niesprawiedliwością wobec pozostałych. 😉

To co zawsze będę postrzegał jako zaletę płyty, to umiejętność zbudowania odpowiedniego klimatu, nastroju. Owszem, lubię czasem agresywną i powalającą jak sierpowy Tysona młóckę pokroju „Dark Days Of The Soul” Voidhanger, ale od form bardziej progresywnych oczekuję, że urzeką mnie właśnie klimatem. Jeśli dźwięki skłaniają mnie ku temu, by zamknąć oczy, dać się ponieść, wznieść ponad zgiełk i rutynę codzienności, odpłynąć gdzieś, to o takiej płycie będę się wyrażał bardzo ciepło. I tak jest w przypadku tego materiału, obdarzonego nieco zamyślonym, momentami niepokojącym, momentami onirycznym, czasem też lekko zezłoszczonym nastrojem. Żeby jednak docenić wszystkie zalety „Passage” trzeba temu albumowi poświęcić trochę czasu, przesłuchać go parę razy, by wyłapać wszystko, co ma słuchaczowi do zaoferowania. A jest tego dużo więcej, niż tylko ukłony w stronę Tool.

Rzucam tymi superlatywami na lewo i prawo, czy jest się zatem do czego przyczepić? Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił, choć uprzedzam, że są to uwagi bardzo subiektywne. Po pierwsze materiał ten zasługuje na odrobinę lepsze brzmienie. Żebym nie został źle zrozumiany – jest naprawdę dobrze, ale momentami mam wrażenie, że trochę mało selektywnie, jakoś tak… płaskawo. Cóż, to debiut, wierzę, że w przyszłości będzie tylko lepiej. Uważam też, że czasem wokal jest nadto schowany pośród dźwięków instrumentów. Grzegorz ma naprawdę przyjemnie brzmiący, klimatyczny głos (i nie są to pochwały na wyrost, słyszałem na żywo, więc wiem), toteż przydałoby się, moim zdaniem, nieco lepiej go wyeksponować. I jeśli już przy wokalu jesteśmy, to słychać momentami dość wyraźny akcent w języku angielskim, w którym napisane zostały teksty utworów. Ale tym się specjalnie nie sugerujcie, ja mam na tym punkcie prawdziwego pier…ca, chciałbym żeby wszyscy mówili jak native speakerzy. 😛

Podsumowując, „Passage” to niezwykle udany, doskonale zagrany i bardzo klimatyczny debiut. Frontal Cortex należą się ogromne brawa za tak dojrzały i przemyślany materiał. Drobne braki produkcyjne nie są w stanie tego doskonałego wrażenia zepsuć. Inspiracje zespołu słychać bardzo wyraźnie, ale zdecydowanie nie jest on bezmyślnym klonem, słychać tu własną tożsamość i muzyczny pomysł na siebie. Gorąco Wam ten album polecam.

Maggot

Ocena: 8/10

Frontal Cortex – Passage

Data premiery: 26.10.2018
Gatunek: Rock/metal progresywny… chyba 😛
Czas trwania: 45:12
Grzegorz Gołaszewski wokal, gitara basowa
Łukasz Gołaszewski gitara
Rafał Piegat gitara
Bartosz Kukuć perkusja

One thought on “RECENZJA: Frontal Cortex „Passage”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *