RELACJA: An Evening With Devin Townsend (05.04.2019, Stodoła, Warszawa)

Witajcie moi drodzy!

Devin Townsend to w niektórych kręgach postać już wręcz legendarna. Wokalista, gitarzysta, multiinstrumentalista de facto, producent. Mózg kilku projektów muzycznych, żeby wymienić choćby Strapping Young Lad, The Devin Townsend Project czy Casualties Of Cool. Gość bardzo inteligentny, bystry, obdarzony ogromną charyzmą. Muzyk, w którego głowie zdaje się przewijać sto pomysłów na nowe dźwięki na minutę, stąd jego niesłabnąca aktywność muzyczna, objawiająca się chociażby liczbą wspomnianych projektów. Niedawno swą premierę miał najnowszy album Devina, sygnowany wyłącznie jego nazwiskiem – „Empath”. Sam Townsend zaś ruszył po Europie w trasę, ale nie celem promowania „Empath” w dosłownym słowa tego znaczeniu. Nie, ta trasa była wyjątkowa, a poszczególne „występy” ciężko jednoznacznie zdefiniować. Co przez to rozumiem?

nl1

Trasa „An Evening With…” z założenia miała mieć charakter odmienny od klasycznych koncertów. Zacznijmy od tego, iż w drogę Devin ruszył sam, tylko w towarzystwie swoich gitar akustyczno-elektrycznych. Żadnego zespołu, żadnej wymyślnej scenografii, dekoracji, kostiumów. Tylko krzesełko, dwie gitary podpięte do konsoli z efektami, codzienny, luźny strój, artysta i widownia usadowiona grzecznie na krzesełkach. Dodatkowo częścią wieczoru, oprócz muzyki, miała być sesja Q&A. Tak, dokładnie taka jak w Geek Factor News, ale nie aż tak fajna. 😛 Pytania do artysty można było zapisać na specjalnie przygotowanych do tego arkuszach, dostępnych przy stoisku z jego merchem.

Ponieważ tytuł brzmiał „An Evening With Devin Townsend” a nie „… With Devin Townsend And Guests”, żaden support nie został przewidziany. W którymś momencie gwiazda wieczoru weszła na scenę, przywitała się z usadowioną wygodnie publicznością i… zaczęła gadać. Jeśli ktoś był kiedykolwiek na jakimkolwiek występie Devina ten wie, że nasz sympatyczny Kanadyjczyk jest osobą niesamowicie gadatliwą, mającą dużo do powiedzenia na każdy praktycznie temat. A ponieważ nie krępowały go tu żadne ramy czasowe, nie musiał oglądać się na innych członków zespołu, więc popularny Devy robił zatem to, co umie tak doskonale – zabawiał widownię swoją konferansjerką. Opowiadał, wspominał, dywagował, a wszystko co mówił okraszone było ogromną dawką humoru, na skutek czego ten wieczór wyglądał trochę jak skrzyżowanie koncertu i występu stand-up. 🙂

nl1

Żeby jednak nie było, że tylko gadka szmatka, a tu przecież muzyk na scenie, więc coś powinien zagrać – muzyka również była tego wieczoru obecna pod strzechą Stodoły. Poza, rzecz jasna, mikrofonem Devin wyposażony był w – tak jak wspomniałem – dwie gitary oraz taką małą, sprytną, elektroniczną konsoletkę. Nie znam się na takim sprzęcie, więc opiszę Wam jej działanie z perspektywy laika, ale warto zwrócić na nią uwagę. Najwyraźniej przechodził przez nią sygnał z gitar, bo przy każdym szarpnięciu strun, w tle malowały się bardzo klimatyczne, elektroniczne harmonie. Dzięki temu, mimo tak ascetycznego, akustycznego podejścia do tematu, słuchacz na koncercie miał wrażenie, że słucha więcej niż jednego muzyka na scenie. Co do repertuaru, to usłyszeć można było co nieco z różnych etapów działalności Townsenda. A to „Let It Roll” z „Synchestra”, a to „Love?” Strapping Young Lad czy wreszcie „Ih-Ah” z „Addicted!”. Każdy utwór, biorąc pod uwagę instrumentarium, brzmiał odmiennie niż w studyjnej wersji, szczególnie chyba wspomniany „Love?”, którego bym raczej nie poznał, gdybym nie usłyszał znajomych słów. Dość unikatowe doświadczenie, muszę przyznać, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę fakt, że gitara akustyczna jest dla Devina podstawowym narzędziem do komponowania. W pewnym więc sensie dane nam było usłyszeć, jak mogły te wszystkie utwory brzmieć we wczesnym stadium ich ewolucji. Super sprawa. 🙂

nl1

Kolejnym wyjątkowym doświadczeniem była wspomniana sesja Q&A. Devinowi dostarczone zostały na scenę uprzednio wypełnione przez widownię arkusze, ten czytał kolejne pytania i na nie odpowiadał, oczywiście w swoim wylewnym, dowcipnym stylu. Ta część jego spotkania z fanami, bo tak można śmiało to nazwać, słowa „koncert” i „występ” wydają się nie być w pełni adekwatne, wniosła dużą dozę… intymności. W pewien sposób zatarła się ta niepisana granica, która na ogół wytworzona jest między artystą a fanem, majacząca gdzieś na krawędzi sceny. Mimo iż nie był to dialog w pełnym tego słowa znaczeniu, to Devin zdawał się bardzo otwierać przed widownią, czuć było szczerość w jego wypowiedziach, a i niektórzy widzowie zdobyli się na odwagę, by zadać bardziej osobiste pytania, czy też podzielić się czymś, co jest im bliskie, ważne, a nawet i smutne. Naprawdę można było poczuć, że dane nam było dużo lepiej tego gościa poznać, niż gdyby stał tylko na scenie z zespołem i grał kolejne kawałki. Można się było na przykład dowiedzieć, że Devin nie lubi generalnie filmów o superbohaterach, ale nawet podobał mu się „Avengers: Infinity War”, bo bardzo przypadła mu do gustu postać Thanosa. Niżej podpisany bardzo się na te słowa ucieszył, bo bardzo lubi ten film, jego głównego antagonistę, a samo pytanie pochodziło właśnie od niego. 😀

„An Evening With Devin Townsend” nie był tylko wyjątkowym koncertem, ale wyjątkowym doświadczeniem, swoistym elitarnym, fanowskim spotkaniem, bardzo intymnym, nieskrępowanym jakimkolwiek konwenansem, planem, programem. Ogromnie cieszę się, że mogłem w tym uczestniczyć, a Wam – jeśli jeszcze nie mieliście okazji – polecam zapoznać się z twórczością Devina. Facet jest niesamowicie kreatywny i istnieje duża szansa, że pośród wytworów jego bujnej twórczości znajdziecie coś dla siebie. 🙂

Maggot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *