RELACJA: Impact Festival (11.06.2019, Tauron Arena, Kraków)

Witam geeki od muzyki! 😛

Muzyka rockowa i metalowa nie jest raczej najwdzięczniejszym tematem dla internetowych memów. Podejrzewam, że na każdą porcję graficznego, webowego humoru poświęconego muzyce gitarowej, przypada z 10 związanych z polskimi nosaczami, kotami albo rosyjskimi chłopaczkami z sąsiedztwa, popijającymi swój narodowy trunek w charakterystycznym przykucu. Jest jednak jeden zespół, który stał się, na własne życzenie, dość kuszącym kąskiem dla twórców memów. Tym zespołem jest legendarny Tool, a powodem niesławne, jak do tej pory 13-letnie oczekiwanie na ich nowy album.

nl1

Jednak w tym roku w tunelu zaczęło się pojawiać światełko. Na koncertach Tool zaczął prezentować dwa premierowe numery, na 30-go sierpnia ogłoszono premierę nowego albumu (rzecz jasna uwierzę, jak już będę płytę trzymał w dłoniach 😛 ), a sam zespół zaanonsowany został jako gwiazda tegorocznego Impact Festival. Nie muszę chyba mówić, że bilety rozeszły się szybciej, niż przysłowiowe świeże bułeczki, a niżej podpisany był jednym z nabywców. 😉 Jak więc było, jak wrażenia? Czytajcie dalej, a się przekonacie.

Program festiwalu, obejmujący występ w sumie sześciu zespołów, podzielony został na dwie części. Pierwsza z nich odbyła się na scenie rozstawionej na zewnątrz, obok samej hali Tauron Arena. Jako pierwsi na jej deski weszli francuscy stoner/doom metalowcy z Fiend.

nl1

Nie jestem jakimś wielkim znawcą, ani fanem takiego grania, ale muszę przyznać, że to co zaprezentował zespół wpadło mi w ucho. Mięsiste, ciężkie brzmienie, fajna praca perkusji i wyróżniający się na plus wokal, to elementy występu Francuzów, które zapadły mi w pamięć. Do tego ogromny szacunek należy się chłopakom za wytrzymałość, jako że scena ustawiona była centralnie w stronę słońca, a warto dodać, że tego dnia w grodzie Kraka nie było na niebie praktycznie żadnej chmurki, a termometry wskazywały ponad 30 stopni.

Po Francuzach na scenę weszli Grecy, a konkretnie ekipa 1000 Mods, również z kręgów stonerowych, ale lżejszych, bardziej rockowych. Tu przyznam, że już mi się tak nie podobało, a szczególnie nie przypadł mi do gustu wokal, był jakiś taki gówniarsko nieznośny. Sama muzyka też czterech liter nie urywała.

Ostatnim zespołem prezentującym się rozgrzanej (głównie za sprawą promieni słonecznych) widowni był angielski Uncle Acid and the Deadbeats. Ten występ jednakże opuściłem, ponieważ kiszki zaczynały grać marsza, a festiwalowa kiełbasa na pajdzie chleba za miliony monet jakoś mnie nie przekonywała. Do tego niepełna dyspozycja zdrowotna wymagała, by trochę odsapnąć i zebrać siły na gwóźdź programu tego dnia. Ten sam los podzielili Amerykanie z Black Rebel Motorcycle Club. Zespół kojarzyłem z nazwy, być może kiedyś słyszałem jakiś ich kawałek, ale stawiając na szali z jednej strony ich, a z drugiej obiad, odpoczynek, Alice in Chains i Tool… Domyślacie się. 😉

No właśnie – Alicja w Łańcuchach. Zespół-legenda ery grunge, nie wypada nie zobaczyć, choć nigdy ich nie słuchałem, a zanucić byłem w stanie, i w sumie nadal jestem, tylko jeden ich utwór.

nl1

I wiecie co…? Mocno się rozczarowałem. Wiem, fani zespołu odsądzą mnie teraz pewnie od czci i wiary, ale występ Amerykanów wydał mi się bardzo monotonny, wręcz nudny. Poza jednym utworem, w którym – jak pamiętam – był jakiś taki bardziej balladowy wstęp, miałem wrażenie, że słucham w kółko jednego kawałka. Domyślam się, że dla sympatyków grupy koncert ten był nie lada gratką, ale dla mnie zdecydowanie nie. Dość powiedzieć, że w połowie ich występu postanowiliśmy z kumplem zaliczyć toaletę i bar przed występem Toola, ubiegając tym samym tych wszystkich, którzy udawaliby się na wymianę płynów po zakończeniu występu Alice in Chains.

Niecierpliwość i ekscytacja wzbierały z każdą sekundą oczekiwania na Maynarda i s-kę. Aż w końcu zgasły światła, a z głośników zaczęły płynąć dźwięki otwierającego występ intro. Po kolei na sceną wychodzili kolejni muzycy. Justin Chancellor (bas) po prawej, Adam Jones (gitara) po lewej, za swym epickim zestawem perkusyjnym zasiadł, jak zwykle w koszulce Lakersów, Danny Carey, a po jego lewej stronie, tradycyjnie schowany lekko z tyłu, miejsce za mikrofonem zajął, przyozdobiony wielkim irokezem, Maynard James Keenan (wokal)…

nl1

… i gdy rozległo się charakterystyczne, narastające „hey… hey.. hey…” wujek Maggot znalazł się w muzycznym niebie, bo oto na otwarcie Tool zagrał jego ulubiony utwór z ulubionej płyty, czyli „AEnema” z „AEnima”. Gdyby w tym momencie rusztowanie oświetlenia Tauron Areny spadło mi na łeb, odchodziłbym zdecydowanie jako szczęśliwy człowiek. 😀 A to był dopiero początek tego niezapomnianego widowiska.

nl1

Występ Tool „zagrał” na wielu płaszczyznach. Po pierwsze doskonale dobrany set. Jeśli w przypadku takiego zespołu, jak Tool, można w ogóle mówić o hitach, to ten wieczór był nimi przepełniony. „Stinkfist”, „Forty Six & 2”, „Schism”, „Parabola”, „Vicarious”, „Jambi” to tylko niektóre z doskonałych kompozycji, które można było usłyszeć. Była obawa, że zespół zagra lekko okrojony set, który prezentował na swoich dwóch festiwalowych występach przed wizytą w Krakowie, ale na szczęście tak nie było. Dodatkową gratką były wspomniane wcześniej, dwa premierowe utwory – „Invincible” i „Descending”. Już teraz można powiedzieć, że na nowej płycie będzie ciekawie. 😀

nl1

Kolejna rzecz to brzmienie, które – z mojej perspektywy, czyli z poziomu płyty hali, było naprawdę dobre. Wszystko brzmiało czysto, selektywnie, instrumenty oraz wokal nie wchodziły sobie w paradę, bardzo przyjemnie się tego słuchało. Być może odczucia osób zajmujących miejsca w innych sektorach Tauron Areny byłyby inne, ale ja nie miałem się do czego przyczepić w tej materii. Nasuwało się pytanie w jakiej formie wokalnej może być Maynard i choć nie mam skali porównawczej, bo nigdy go dotąd na żywo nie słyszałem, to jego głos brzmiał naprawdę przyzwoicie, choć widać, że są partie, w których się oszczędza, nie wyciąga ich już tak wysoko lub tak długo, jak na płytach. Cóż, wieku nie oszukasz. 😛 Skoro już przy członkach zespołu jesteśmy, to odrobinę uwagi chciałbym też poświęcić Justinowi Chancellorowi. Wiedziałem, że gość jest dobrym basistą, jego partie z albumów studyjnych zawsze bardzo mi się podobały, ale po tym występie mój poziom szacunku do niego wzrósł kilkukrotnie. Grał takie rzeczy, że w życiu nie powiedziałbym, że są to partie basowe, po prostu coś genialnego! Czapki z głów!

nl1

Jak już zdążyliście z pewnością zauważyć na załączonych przeze mnie zdjęciach, Tool postarał się też o oprawę wizualną. Za zespołem umieszczone były ogromne ekrany, które wyświetlały albo zmodyfikowane nieco teledyski do granych utworów, albo totalnie wykręcone wizualizacje, rodem z jakiegoś kwasowego transu. Zresztą, co niektórzy fani chcieli zdecydowanie zwiększyć zakres swoich doznań, bo w tłumie dało się wyczuć pewien charakterystyczny zapach… I nie mówię tu o męskim pocie. 😛 Jak by nie było, wizualizacje, połączone z grą laserów oraz samą muzyką, wznosiły odbiór tego show na zupełnie inny poziom.

nl1

Czy jest się do czego przyczepić? Gdybym tak już naprawdę na siłę miał się czegoś doszukiwać, to nie przypadł mi za bardzo do gustu pomysł z odśpiewaniem całego „Vicarious” przez megafon. Niby ciekawy efekt, ale w moim odczuciu, nie do końca pasował. No i może jeszcze brak „Sober”. 😛 Tyle, więcej zarzutów brak. Jeśli chodzi o samą organizację imprezy, też specjalnie nie ma się do czego przyczepić. Wiadomo, że przy takiej liczbie uczestników będą niedogodności, kolejki, nic się na to nie poradzi. Wszelkie trudy stania w kolejkach, przeciskania się przez tłumy, w pełni zrekompensował mi Tool ze swoim występem.

Normalnie na podsumowanie mojej relacji powiedziałbym Wam zapewne, że jeśli nie mieliście jeszcze okazji zobaczyć Tool na żywo, to gorąco Wam polecam, by kiedyś to zrobić. Problem w tym, że zespół nie rozpieszcza swoich fanów, a szczególnie w tych rejonach świata. Nie dość, że na płytę trzeba czekać latami, to i na jakąkolwiek trasę koncertową również. Tym bardziej, ogromnie cieszę się, że dane było mi zobaczyć i usłyszeć ich na żywo. To był niezapomniany wieczór, a kto nie był – niech żałuje. 😉 I oby nie przyszło czekać kolejnych parunastu lat, na następny taki.

Maggot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *