RECENZJA: Dream Theater „Distance Over Time”

Witam szanownych melomanów!

Bywają słowa, które od razu budzą konkretne skojarzenia, które automatycznie, bezwiednie wpadają do głowy. Bułka – masło. ZUS – złodzieje. Kaczmar – przeprosiny. A co jeśli padnie hasło „metal progresywny”? Podejrzewam, że w większości głów od razu zaświta myśl „Dream Theater”. I nie ma się czemu dziwić, bo ekipa z Nowego Jorku jest najprawdopodobniej najpopularniejszym przedstawicielem tego nurtu. A tak się składa, że w lutym tego roku na rynku ukazał się ich nowy album „Distance Over Time”. Czym zatem uraczył nas pan Petrucci i s-ka?

Za opus magnum Dream Theater powszechnie przyjęło się uważać wydany w 1999 r. „Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory”, jednak moim ulubionym albumem w dorobku grupy jest jego następca „Six Degrees of Inner Turbulence” z 2002, dwupłytowy kolos, idealnie łączący pokaz umiejętności z doskonałym klimatem. Ten album znaczy, według mnie, szczytowy okres formy artystycznej zespołu, bo potem zaczęła się równia pochyła. Stopień jej nachylenia był różny. Następca „Six Degrees…”, czyli „Train Of Thought”, to dobry album, choć nie tak, jak poprzednik. Potem przyszedł nudny jak flaki z olejem „Octavarium”, w którym miałem wrażenie, że słucham w kółko jednego utworu. Dalej mieliśmy dość wyzuty z pomysłów „Systematic Chaos”, lekką zwyżkę formy w postaci „Black Clouds & Silver Linings” i… I ziemia pod nogami fanów Teatru Marzeń rozstąpiła się, bo oto szeregi grupy opuścił jej współzałożyciel, niezwykle charakterystyczny i charyzmatyczny perkusista – Mike Portnoy. Zespół się pozbierał, umieścił w sieci tandetnie próbujący grać na emocjach fanów filmik o poszukiwaniu nowego bębniarza, owe zastępstwo w postaci Mike’a Manginiego znalazł i zabrał się za nagranie nowego materiału. Efektem tych prac był „A Dramatic Turn of Events”, album tak płytki, wyprany z emocji, odegrany, a nie zagrany, że aż żal było słuchać. Nieco lepiej było na następnym długograju o eponimicznym tytule „Dream Theater”, ale potem zespół zaliczył największą wpadkę w swej karierze – „The Astonishing”. Ten ponad dwugodzinny potworek miał być pompatyczną, epicką operą rockową, a skończył jako nudna, rozwleczona do granic dobrego smaku parodia, a LaBrie śpiewający żeńskie partie (chyba, bo cholera wie, co to miało być) był karykaturą samego siebie. Obawy więc co do nowego materiału były i to jak najbardziej uzasadnione.

Wydaje się, że zespół albo sam zdał sobie sprawę z popełnionych błędów, albo wyciągnął wnioski ze spływającej krytyki, być może jedno i drugie, ale kierunek jaki obrano na „Distance Over Time” jest jak najbardziej słuszny. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to czas trwania albumu, który zszedł poniżej godziny. Dla porównania poprzedni „normalny” album – „Dream Theater” – trwał prawie 70 minut. Konsekwencją tego zabiegu jest to, że utwory nie są niepotrzebnie rozciągane do ogromnych rozmiarów, z czym zawsze wiąże się ryzyko zamęczenia słuchacza. Muzycy postawili po prostu na napisanie dobrych piosenek, zamiast molestowania fanów kolejnymi epickimi suitami. Najdłuższy na płycie „At Wit’s End” trwa co prawda prawie 9,5 minuty, ale mimo wszystko nie nudzi.

Problemem wielu albumów Dream Theater, choć jest to chyba taka ogólna przywara tego gatunku, był niejednokrotny przerost formy nad treścią. Gitarowe i klawiszowe popisy odbierały kompozycjom ducha, dehumanizowały je. Muzycy nie musieli nikomu nic udowadniać, a wyglądało, jakby za wszelką cenę mimo wszystko próbowali to robić. Na „Distance Over Time” panowie zluzowali nieco porcięta, dzięki czemu udało im się odzyskać równowagę między wirtuozerią a atmosferą, nie ma już rywalizacji instrumentów, a jest efektywna współpraca. Zwrotka „Fall Into Light” jest dobrym przykładem doskonałej kooperacji gitary z klawiszami, nikt tu nie próbuje błyszczeć, nie ma porównywania… wiecie czego. 🙂 W drugiej części utworu mamy ciekawe zwolnienie, lekko epickie, ale bez popadania w śmieszność, potem jest trochę popisów, ale wszystko w granicach rozsądku. Taki „Barstool Warrior” nabiera wręcz filmowego klimatu, w czym duża zasługą brzmienia klawiszy, coś jakby sci-fi z lat 70/80. Jest to chyba mój ulubiony kawałek na płycie. „S2N” jest kolejnym klimatycznym utworem, ciężkim i szybkim, a przy tym melodyjnym, nacechowanym sporą przebojowością. Zamykający album „Pale Blue Dot” to też mocny akcent, z ciężkim klimatem, jest w nim również trochę popisów, ale nie męczą, jak zresztą cała płyta. Na minus zaliczyłbym chyba tylko „Out Of Reach”, jakieś to takie ckliwe i zupełnie nijakie.

Na pochwałę zasługuje brzmienia płyty, szczególnie gitary i basu, których dźwięki są mięsiste i przyjemnie zabrudzone. Słychać, że płyta nie jest przeprodukowana i nadmiernie wypolerowana. Odnoszę też wrażenie, że Mike Mangini dostał więcej swobody działania, niż na wcześniejszych albumach ze swoim udziałem. Chyba przestał być już tylko najemnikiem do odgrywania zapodanych partii, ale autonomicznym bytem muzycznym, wpływającym realnie na kształt kompozycji.

W 2016 r., po premierze „The Astonishing” pytanie „quo vadis Dream Theater” było jak najbardziej uzasadnione, a na odpowiedź wyczekiwano z obawą. Wygląda na to, że na rozstaju wybrano drogę właściwą, czego owocem jest „Distance Over Time”, album, w który tchnięto więcej duszy i przebojowości, ograniczając popisy dla samych popisów. Nie jest to rewolucja, ani żaden kamień milowy. Jest to solidny album w dorobku grupy, ale niewiele więcej. Dobrze jednak, że wyszli z koziego rogu, w który się zapędzili, zawrócili, zmienili podejście i uczłowieczyli swoją muzykę. Zobaczymy, co dalej. 😉

Maggot

Ocena: 7.5/10

Dream Theater – Distance Over Time

Data premiery: 22.02.2019
Gatunek: Metal progresywny
Czas trwania: 56:57
James LaBrie wokal
John Petrucci gitara
John Myung gitara basowa
Jordan Rudess klawisze
Mike Mangini perkusja

One thought on “RECENZJA: Dream Theater „Distance Over Time”

  1. Zgadzam się prawie w 100% z recenzją. Ja dałbym coprawda ocenę 8 a na tle ostatnich dokonań nawet 8.5. Bardzo solidny album. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *