RECENZJA: Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie

Witam filmowych adeptów Mocy!

Dawno temu (a dokładnie w 1977 r.), w odległej galaktyce (w gwiazdozbiorze Ameryki) doszło do pozornie niepozornego zdarzenia, które zapisało się jednak złotymi zgłoskami w historii kultury nowoczesnej. Oto 25-go maja wspomnianego roku premierę miał film „Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja” w reżyserii George’a Lucasa. Przedsięwzięcie, które początkowo nie zachwyciło krytyków i przez wielu skazywane było na porażkę, koniec końców urosło do rangi dzieła kultowego, a biznes, jaki wokół niego powstał, wart jest tyle, co wszystkie kraje UE. 😛 W 2012 r. nie ziściły się przepowiednie majów dotyczące końca świata, doszło jednak do innego wiekopomnego wydarzenia. Oto Disney odkupił od George’a Lucasa jego wytwórnię Lucasfilm, przejmując tym samym prawa do wszystkiego, co sygnowane jest marką Star Wars. Długo nie trzeba było czekać na pierwsze zapowiedzi filmowe. Najpierw ogłoszono powstanie nowej trylogii, która działa by się po wydarzeniach z „Powrotu Jedi”, a następnie do tego dorzucono plan na serię spin-offów z akcją rozgrywającą się gdzieś pomiędzy głównymi częściami sagi. Pierwszym owocem tych planów był „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie”, w moim odczuciu udana opowieść o zuchwałej akcji wykradzenia planów Gwiazdy Śmierci. Fani czekali na kolejne filmy z ich ukochanego uniwersum. Ale gdy ogłoszono, że następny film skoncentruje się na ich ulubieńcu, niechlujnie wyglądającym pastuchu nerfów (nie mam pojęcia czy dobrze to przetłumaczyłem 😛 ), entuzjazm został nieco ostudzony, a jego miejsce zaczął zajmować sceptycyzm. Co zatem przynosi „Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie”?

© 2018 – Lucasfilm Ltd.

Film koncentruje się na ukazaniu wydarzeń, które doprowadziły do tego, że Han Solo (Alden Ehrenreich) stał się tym, kogo znamy z oryginalnej trylogii Lucasa. Nasz ulubieniec trudni się więc drobnymi przestępczymi pracami na zlecenie niejakiej Lady Proximy na swej rodzinnej planecie Korelia. Chce się jednak stamtąd wyrwać, wraz ze swoją ukochaną Qi’rą (Emilia Clarke). Gdy już wydaje się, że misterny plan ucieczki może się powieść, sprawy się komplikują, kochankowie zostają rozdzieleni, Han opuszcza planetę sam poprzysiągłszy jednak, że wróci po Qi’rę, gdy tylko dorobi się własnego statku. Jak możecie się domyślać, to nie będzie takie proste, a los przeciągnie naszego bohater przez pół galaktyki, stawiając na jego drodze pewną ekipę najemników pod wodzą niejakiego Becketta (Woody Harrelson) oraz oczywiście znanych i lubianych Chewbaccę (Joonas Suotamo) oraz Lando Calrissiana (Donald Glover). My zaś dowiemy się skąd się wzięły pewne ikoniczne przedmioty, powiedzonka, itd. Bo przecież bardzo tej wiedzy potrzebowaliśmy, prawda…? 😛

© 2018 – Lucasfilm Ltd.

To co od razu rzuca się w oczy i za co trzeba film pochwalić, to strona wizualna. Wszystko to co dociera do naszych receptorów wzrokowych wygląda wprost obłędnie. Stocznie konstruujące gwiezdne niszczyciele na Korelii, bitwa na jakiejś błotnistej, zaplutej planecie, akcja napadu na imperialny „pociąg” w górskiej scenerii, ucieczka z Kessel, wymieniać można by długo. Na mnie szczególne wrażenie zrobiły maszyny i pojazdy, szczególnie sprzęt imperialny, w tym wspomniany pociąg. Wszystko wygląda realistycznie, zabójczo, jakoś tak… ciężko. Do tego świetne kostiumy, charakteryzacja oraz ten retro klimat, gdy przedstawiciele kosmicznych ras nie są na siłę generowani komputerowo, ale przy pomocy animatroniki (vide śpiewak w słoiku 😉 ) albo kunsztu charakteryzatorów. Wierzcie mi, pod względem wizualnym film wygląda naprawdę doskonale.

Od strony dźwiękowej jest solidnie, ale bez żadnych zaskoczeń. Każdy zna już przecież brzmienia ryku Chewie’go, wycie silników TIE-Fighterów, charakterystyczny odgłos blasterów. Znamy, lubimy, niczego więcej ani mniej się nie spodziewamy. Muzyka autorstwa Johna Powella to też gwiezdno-wojenny standard – epicko, pompatycznie, tylko tyle i aż tyle.

© 2018 – Lucasfilm Ltd.

Póki co wszystko fajnie, prawda? No i tu zaczynają się schodki. Zaznaczam na wstępie, że to co teraz przeczytacie jest opinią skrajnie subiektywną, każdy mógł dojść do innych wniosków. Po obejrzeniu filmu automatycznie nasunęła mi się pewna refleksja: „no fajnie, film OK, tylko… po co?”. Taki właśnie dylemat rodzi się w przypadku „Hana Solo”. Nie jest to film zły, ale też i nie do końca, w mojej opinii, do czegokolwiek potrzebny. W „Nowej Nadziei” podobało mi się to, że widz był rzucany w pewien wir wydarzeń, bez dokładnego wyjaśniania kto jest kim, skąd pochodzi i dlaczego zachowuje się tak, jak się zachowuje. Naturalny urok jakim obdarzony był Han Solo Harrisona Forda sprawiał, że jako widz i fan nie potrzebowałem znać jego historii, nie brakowało mi tego do szczęścia. „Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie” nie sprawia nagle, że inaczej patrzę na oryginalną trylogię sprzed paru dekad. A i też oglądanie tej tzw. origin story nie przynosiło jakiejś większej ekscytacji z wyłapywania różnego rodzaju smaczków czy nawiązań do oryginału. Owszem, dostrzegałem te rzeczy, fajnie, miło, ale nic poza tym. Do tego historia przedstawiona w tym filmie nie jest wyjątkowo ciekawa, czy wciągająca, a jej głównym zadaniem jest pokazać nam to, skąd się wzięły pewne rzeczy w „Nowej Nadziei” i jej kontynuacjach. Nadmienię tylko, że nie zamierzam odnosić się do zawirowań wokół reżyserów, bo nie czuć w tym filmie takiego dysonansu w opowiadanej historii, jak choćby w „Lidze Sprawiedliwości”, gdzie czuć było, że poszczególne części filmu reżyserował ktoś inny. Dowiadujemy się zatem oczywiście jak Han poznał Chewbaccę i Lando, skąd nasz ulubiony przemytnik wziął swój ikoniczny blaster, jak wygrał Sokoła Millenium, no i oczywiście wisienka, lub jak kto woli truskawka, na torcie w postaci trasy z Kessel zrobionej w 12 parseków. Chyba nie jestem wystarczająco fanatycznym fan-boy’em, żeby to wszystko docenić.

© 2018 – Lucasfilm Ltd.

W parze z niezachwycającą historią idą dość mało wyraziste postaci, z którymi ciężko nawiązać jakąś więź emocjonalną. Mamy całe zastępy kompletnie pomijalnych postaci jak ekipa Becketta, główny czarny charakter czyli Dryden Vos (Paul Bettany), czy też ukochana Hana czyli Qi’ra. Serio, jedna z najważniejszych postaci w filmie jest totalnie nijaka i absolutnie – za przeproszeniem – wisiało mi, co się z nią stanie. Brakowało jej tego czegoś, żeby widzowi na niej zależało. To moja druga styczność z Emilią Clark na dużym ekranie (po „Terminator: Genisys”) i dochodzę do wniosku, że chyba bycie białowłosą królową z czarnymi brwiami i smokiem na smyczy może okazać się jej szczytowym osiągnięciem. Trochę lepiej sytuacja wygląda z Lando, któremu Donald Glover nadał sporo zuchwałego uroku, który widz jest w stanie kupić. Na duży plus zaliczyć można również postać L3-37 (Phoebe Waller-Bridge), robocicy walczącej o równouprawnienie swoich pobratymców, związanej dziwną relacją z Lando. Na koniec zostawiłem sobie odtwórcę głównej roli, którego kreację zaliczam generalnie na plus. Naprawdę nie wiem o co chodziło z tym, że na początku zdjęć musieli mu ściągnąć jakiegoś trenera od aktorstwa. Alden Ehrenreich miał nieziemsko trudne zadanie. Musiał zagrać jedną z najbardziej ikonicznych postaci popkultury. Harrison Ford wykreował urok Hana solo, Ehrenreich musiał ten urok odtworzyć. I za to co zrobił należy mu się na pewno ocena zaliczająca egzamin, choć stypendium nie będzie. Jego gra sprawia wrażenie naturalnej, niewymuszonej, widać, że zrobił co mógł i śmiem twierdzić, że tą rolą dalszej swojej kariery nie pogrzebał.

„Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie” to film naprawdę przyzwoity, z doskonałą oprawą wizualną, sporą dawką humoru, paroma ciekawymi postaciami, ale koniec końców nie bardzo wiadomo komu potrzebny. Wyniki finansowe filmu zdają się potwierdzać tę tezę i mimo iż końcówka filmu zwiastuje kontynuację, to raczej się jej nie doczekamy. Może to i lepiej, może dzięki temu Disney przemyśli trochę swoją strategię i nie będzie wypuszczał kolejnych historii genez tylko po to by wydębić ciężko zarobione pieniądze od fanów Gwiezdnych Wojen. Wiem… To zabrzmiało bardzo naiwnie, co ja się łudzę? 😛

Maggot

Ocena: 6/10

Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie (oryg. Solo – A Star Wars Story)

Rok: 2018
Reżyseria: Ron Howard
Scenariusz: Jonathan Kasdan, Lawrence Kasdan
Obsada: Alden Ehrenreich, Woody Harrelson, Joonas Suotamo, Emilia Clarke, Donald Glover, Thandie Newton, Phoebe Waller-Bridge, Paul Bettany, Jon Favreau
Czas Trwania: 135 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *