RECENZJA: Nocny Kochanek „Randka W Ciemność”

Witam wszystkich, szanujących się, prawdziwych, oldskulowych metalowców!

Dobra, żarcik taki suchy. Coś czuję, że Ci wszyscy ortodoksyjni fani „tru” metalu (cokolwiek to niby miałoby być), co nawet jeśli w pracy siedzą w garniturze, to pod spodem ich ciała opinają ciasne skóry à la Manowar, widząc tytuł tego artykułu, w ogóle by tu nie weszli. Ba, nigdy już pewnie ich nogi nie przestąpiłyby progów Geek Factor. Dlaczegóż, pytacie? Bo zespół Nocny Kochanek, którego najnowszy album „Randka W Ciemność” jest przedmiotem niniejszej recenzji, to twór bardzo polaryzujący publikę. Mam wrażenie, że jakieś 95% osób znających tę kapelę albo szczerze ją uwielbia, albo w taki sam sposób nienawidzi. Z jednej strony mamy miłośników, którzy wręcz kochają to luźne, prześmiewcze podejście do metalowej konwencji, a zespół darzą bezgranicznym uwielbieniem, z drugiej jednak są Ci, którzy twierdzą, że śmieszkowanie w metalu powinno mieć swoje granice, a Nocny Kochanek zdecydowanie je przekracza, będąc tworem głupkowatym, nieambitnym, takim disco-polo ciężkiego grania. Ja plasuję się gdzieś po środku – nie uważam, by zespół był li tylko tanią, płytką, jarmarczną rozrywką pod publikę, ale też nie mam problemu z krytyką zespołu tam, gdzie uważam ją za uzasadnioną.

Moja styczność z muzyką Nocnego Kochanka zaczęła się od ich drugiego albumu – „Zdrajcy Metalu” – który, przyznaję, od razu bardzo mi się spodobał. Dość powiedzieć, że w mojej recenzji dałem mu wysoką notę (znajdziecie ją tutaj), po czym znalazł się on na moim muzycznym TOP 10 roku 2017. Urzekło mnie w jakiś sposób to połączenie chwytliwych, heavy/power metalowych riffów i melodii z zabawnymi tekstami, odwołującymi się do tych cięższych obszarów humoru, tak bardzo mi bliskich. 😀 Potem zapoznałem się z debiutanckim wydawnictwem grupy „Hewi Metal”, które również mi się spodobało, choć już nie tak bardzo, jak jego następca. Jak więc na tle poprzednich płyt wypada nowe wydawnictwo Kochanka, „Randka W Ciemność”?

Nie będę tu owijał w bawełnę, będzie prosto z mostu – album mnie rozczarował, mimo iż nie miałem wobec niego jakichś wielkich oczekiwań. Przede wszystkim mam wrażenie, że wykorzystywana przez zespół formuła zaczyna się robić coraz bardziej wyeksploatowana. Owszem, jest zabawnie, jak zwykle, ale jako słuchacz mam odczucie, że to już wszystko było. Były piosenki o chlaniu? Proszę bardzo, mamy je i tutaj – „Pijany Mistrz” i „Wódżitsu”. Potrzeba trochę satyry na ortodoksyjnych metalowców? Służymy uprzejmie – „Czarna Czerń” i „Siłacze” specjalnie dla Państwa. Przydałoby się coś o kontaktach damsko męskich? Mówicie, macie – „Randka w Ciemno”, „Al Dente”, „Andrzela”. Tym oto sposobem wymieniłem już siedem spośród jedenastu utworów z płyty. Przykro to stwierdzić, ale lirycznie zespół nieco na tej płycie przynudza, morda nie cieszyła mi się aż tak często, jak przy obcowaniu z poprzednimi wydawnictwami, nie odczuwam też takiej frajdy z nucenia sobie tych kawałków, ba nawet nie czuję za bardzo takiej potrzeby.

Nie pomaga w tym wszystkim też sama muzyka zawarta na płycie. W moim odczuciu brakuje jej wyrazistych riffów i melodii, które na dłużej zapadałyby w pamięć, które jakoś by się wyróżniały w dorobku grupy. Jeśli słyszało się już i „Hewi Metal” i „Zdrajcy Metalu”, to prawie nic nas na „Randce w Ciemność” nie zaskoczy. Celowo użyłem słowa „prawie” bo jest na nowym albumie jeden utwór, który jest dla mnie zdecydowanie powiewem świeżego powietrza, a mianowicie „Koń na Białym Rycerzu”. Średniowieczny klimat, akustyczny wstęp i absurdalny tekst sprawiają, że jest to najjaśniejszy punkt tej płyty. Na plus mógłbym jeszcze zaliczyć gnający na złamanie karku riff z „Wódżitsu”, teksty z „Dr O. Ngal” i „Al Dente”, które wybijają się trochę ponad oklepane schematy. Na drugim biegunie są z kolei nudne jak flaki z olejem „Andrzela” czy „Mistrz Przerósł Ucznia”. Cała reszta znajduje się gdzieś po środku i zdecydowanie zachwytu nie wzbudza.

Jeśli chodzi o brzmienie i produkcję, to jest to praktycznie kopia „Zdrajców Metalu”, co oznacza, że jest profesjonalnie, solidnie, wszystko na wysokim poziomie. Krzysiu Sokołowski jest w dobrej formie, wyciąga te swoje górki tak, jak nas do tego już przyzwyczaił, riffy tną, solóweczki są, perkusja dzielnie wystukuje rytmy wolniejsze i szybsze, wszystko jest na swoim miejscu.

Oddani fani Nocnego Kochanka umieszczą mnie teraz pewnie na jakiejś czarnej liście osób do odstrzału, ale nic nie poradzę na to, że najnowsze dzieło ich ulubieńców mnie nie porwało. Nie jest to album zły, w tle może sobie polecieć, na koncercie kawałki sprawdzą się z pewnością dobrze, publika będzie się świetnie bawiła, ale dla mnie to trochę za mało. Nie sądzę, żebym miał wracać do całej płyty, raczej od czasu do czasu zapuszczę sobie ze 2-3 utwory i tyle, a potem wrócę do „Zdrajców Metalu”. Jeśli zespół będzie się sztywno trzymał dotychczasowych ram muzyczno-lirycznych, to z każdym kolejnym wydawnictwem uczucie niedosytu może rosnąć. Ale to już czas pokaże, nie ma co się w proroków bawić. 😉

Maggot

Ocena: 5/10

Nocny Kochanek – Randka W Ciemność

Data premiery: 11.01.2019
Gatunek: Heavy metal
Czas trwania: 44:52
Krzysztof Sokołowski wokal
Arkadiusz Majstrak gitara
Robert Kazanowski gitara
Artur Pochwała gitara basowa
Artur Żurek perkusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *