RECENZJA: X-Men: Mroczna Phoenix

Rok 2017, siedziba 20th Century Fox, narada dotycząca kolejnej ekranizacji komiksów X-Men.
(Szef wytwórni): Dobra, słuchajcie, jest sprawa. Przejmuje nas Disney!
(Producent): O k…a!
(Reżyser/Scenarzysta): Eeee… To źle? Pytam, bo się nie orientuję.
(P): Stary, Disney ma Marvel Studios. My mieliśmy prawa do X-Menów, a teraz wszystko przejdzie do nich.
(Sz): Otóż to. Jak bum cyk cyk, zaraz przyjdzie Feige i powie, że mutanci przechodzą do MCU i zrobi wszystko po swojemu. Oznacza to, że tak naprawdę nie jest to już w najmniejszym stopniu istotne, co zrobimy z tym kolejnym filmem, bo potem i tak wszystko zaorają. Jak to się tam miało nazywać, „Ciemna Felix”?
(P): „Mroczna Phoenix” panie prezesie.
(Sz): No no, czy coś tam.
(P): To co mamy teraz zrobić? Kręcimy ten film czy nie.
(Sz): No kręcić trzeba, bo już wszystko ogarnięte, kontrakty, jak tego nie zrobimy, to nam się te wszystkie związki i gildie do d…y dobiorą. Zróbcie coś, ale żeby się tam za bardzo nie przemęczać.
(P): Masz już scenariusz?
(R/S): No właśnie się jeszcze za to nie wziąłem.
(P): No to gites, się dobrze składa. To weź tam coś skleć na szybko i jedziemy z koksem.
(R/S): No ok… Ale szczerze mówiąc, biorąc pod uwagę nowe okoliczności, to chyba wolałbym się wziąć za coś innego, mam parę zleceń… Sam rozumiesz… No trochę mi się nie chce, jak to i tak ch…u warte koniec końców.
(P): Taa… Ty, wiem! A któreś z Twoich dzieci nie mogłoby na szybko czegoś skrobnąć? Powiedz im, że to na podstawie komiksu, na pewno się zgodzą.
(R/S): W sumie dobra myśl. Spoko, damy radę!
Po czym wszyscy w dobrych nastrojach, z uśmiechami na twarzy opuścili pomieszczenie…

Nie wiem, czy kiedykolwiek było takie spotkanie, czy w takich okolicznościach podejmowano decyzje dotyczące najnowszego filmu ze świata mutantów „X-Men: Mroczna Phoenix”, ale – biorąc pod uwagę efekt końcowy – wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak faktycznie było. Ale po kolei.

Najnowsza ekranizacja komiksów Marvela poświęcona mutantom dzieje się w latach dziewięćdziesiątych i koncentruje się na Jean Grey (Sophie Turner), i jej przemianie w tytułową Mroczną Phoenix. Zaczyna się to wszystko od tego, że drużyna mutantów Profesora X (James McAvoy), pod wodzą Mystique (Jennifer Lawrence) śpieszy w kosmos z pomocą grupie astronautów, których prom uległ uszkodzeniu po trafieniu rozbłyskiem słonecznym. Na miejscu okazuje się, że to żaden rozbłysk, ale jakaś tajemnicza kosmiczna energia. Akcja ratunkowa kończy się sukcesem, ale owa energia zostaje wchłonięta przez Jean. Po powrocie na Ziemię z naszą bohaterką zaczynają dziać się dziwne rzeczy, zaczyna z niej emanować w niekontrolowany sposób ogromna moc. Jean wyruszy w podróż, której celem będzie okiełznanie owej siły, jak również konfrontacja ze swoją przeszłością, z mutantami pod wodzą Magneto (Michael Fassbender) oraz jeszcze jedną, tajemniczą frakcją, na czele której stać będzie niejaka Vuk (Jessica Chastain).

© 20th Century Fox

To co mogę zaliczyć temu filmowi na plus, to strona wizualna. Jest pod tym względem naprawdę przyzwoicie, a na szczególne uznanie zasługują moim zdaniem scena w kosmosie, gdy X-Meni ratują astronautów oraz spotkanie Jean i Magneto w osadzie, którą zamieszkuje ze swoimi ekipą. Gdy przylatuje wojsko, to robi się naprawdę ciekawie i jest parę efektów specjalnych, które robią wrażenie. Muszę przyznać, że ludzie od CGI, od praktycznych efektów specjalnych i charakteryzacji przyłożyli się do swojej roboty. Nie ma tu co prawda mowy o żadnej rewolucji, ale wszystko stoi na dobrym poziomie.

Efekty dźwiękowe są standardowe, jak na ten typ kina, nie ma w nich nic, co kłułoby w uszy, ale zarazem nic, co jakoś by się wyróżniało, robiło wyjątkowe wrażenie na widzu. Muzyka… Chyba jakaś jest, nie wiem, nie pamiętam. Co jest dość smutne, bo odpowiedzialny jest za nią nikt inny, jak sam legendarny Hans Zimmer. Niestety jego kunszt kompozytorski przechodzi w tym filmie niezauważony, ponieważ…

© 20th Century Fox

… „X-Men: Mroczna Phoenix” jest po prostu fatalnym filmem. No, ulżyło mi, gdy już to z siebie wyrzuciłem. Jeremy Jahns, amerykański recenzent-jutuber ocenił ten w film w swojej osobistej skali na najniższą notę, którą jest „Dog shit”, czyli po naszemu psie gó…o. I mimo iż nie przepadam za panem Jahnsem, to w tej materii nie moglibyśmy być bardziej zgodni.

Zacznijmy od największego zarzutu, jaki mam wobec tego filmu, a mianowicie tego, że scenariusz jest totalnie kretyński. I oczywiście, zdaję sobie sprawę, że film czerpie z komiksów, pewne rzeczy bierze wprost, inne modyfikuje. Nie mam z tym problemu, nie przeszkadza mi to, że bierze się elementy z różnych komiksów, z różnych sag, alternatywnych wersji, itd. Mam problem, jeśli robi się to źle, a tak jest w przypadku „Mrocznej Phoenix”. Gdybym miał wypunktować każdą bzdurę tego „dzieła”, to z recenzji zrobiłaby się nowela. Weźmy jednak pierwszą z brzegu rzecz, która rzuca się w oczy już po obejrzeniu zwiastunów. Akcja „X-Men: Pierwsza Klasa” dzieje się gdzieś na przełomie lat 50′-60′. Wiemy to na pewno, bo końcówka filmu odwołuje się do prawdziwego zdarzenia, jakim był słynny kryzys kubański, który miał miejsce w październiku 1962 r. Akcja „Mrocznej Phoenix” dzieje się w latach 90′, w tym samym – rzekomo – kontinuum czasowym. Czyli mija jakieś 40 lat. O ile postarzeli się Profesor X, Magneto, Mystique, Bestia? O jakieś 4 lata. (sic) To nie jest przeoczenie, to nie jest zabawa konwencją, umowność, to jest lenistwo scenarzysty i brak szacunku wobec widza, którego inteligencji się po prostu ubliża. Działania bohaterów co i rusz wołają o pomstę do nieba. Nasza przyjaciółka wchłonęła w kosmosie ogromną chmurę nieznanej, pozaziemskiej energii. To wydarzenie bez precedensu, nie sposób przewidzieć co teraz będzie dalej. Może i jej, i nam grozi śmiertelne niebezpieczeństwo? Co teraz zrobimy?!. Nic, zbadamy jej ciśnienie i pójdziemy na imprezę. No k…a, to już badania medycyny pracy, przy całej swej absurdalności, są bardziej kompleksowe. Szczerze, w pewnym momencie musiałem się na sali kinowej opamiętać i przestać walić się otwartą dłonią w czoło za każdym razem, gdy bohaterowie robią coś głupiego, bo mógłbym doznać trwałego uszczerbku na zdrowiu.

© 20th Century Fox

Fatalny scenariusz odbija się na kreacjach aktorskich i odbiorze bohaterów. Aż żal patrzeć, jak niezwykle utalentowana obsada (bo przecież McAvoy, Fassbender, Lawrence, Chastain) tak się marnuje. Durna fabuła i koszmarne dialogi, które momentami brzmią, jakby napisał je pięciolatek, to wszystko sprawia, że zdolni aktorzy wypadają drewniano, blado, jakby na złość reżyserowi i widzom postanowili zagrać źle. Uwielbiam Jamesa McAvoy’a, widziałem już parę filmów z jego udziałem i śmiało mogę powiedzieć, że kreacja Profesora X w omawianym filmie jest najgorszą, jaką widziałem. Magneto jest bezbarwny i bezpłciowy jak unosząca się w wodzie meduza, i to na dodatek taka, która nie parzy, tylko tak sobie dryfuje. Jennifer Lawrence jako Mystique – cień siebie samej. Simon Kinberg chyba nie lubi Lawrence, bo jej bohaterka dostała najbardziej patetyczne, nie nadające się do słuchania kwestie z całej obsady. Jessica Chastain? Zasadność obecności jej bohaterki, jak również jej pobratymców jest jakimś koszmarnym nieporozumieniem, a aktorka gra tak, jakby zdawała sobie z tego sprawę. Na koniec zostawiam sobie natomiast Sophie Turner, jako odtwórczynię tytułowej roli. Nie oglądałem „Gry o Tron”, nie widziałem też aktorki w żadnej innej roli poza Jean Grey i Sansą Stark, więc nie mam porównania, nie wiem, czy potrafi lepiej niż to, co pokazała w „Mrocznej Phoenix”. Tu jest jednak fatalnie, jej bohaterka jest tak irytująca i drewniana, że każdy moment oglądania jej na ekranie jest karą dla widza. Tylko czym widz zawinił? Jej kreacja to naprzemienne robienie dziwnych min podczas przywoływania swych mocy oraz nieudolne użalanie się nad swoim losem, przy czym ani jedno, ani drugie nie wygląda wiarygodnie, od każdego gestu, z każdego słowa bije sztuczność. Dla mnie osobiście choć odrobinę ponad ten katastrofalny poziom wybija się Nicholas Hoult jako Hank McCoy, czyli Bestia. W nim widzę jakiś przebłysk naturalności i autentyczności. Nie mówię, że jest dobrze, ale na pewno lepiej, niż u pozostałych.

© 20th Century Fox

Film jest nudny jak flaki z podwójną porcją oleju. Zaczyna się, a potem się kończy. Tyle. Po seansie widz po prostu zbiera się z fotela i bez żadnych emocji, może poza ulgą, bez refleksji, bez radości z seansu opuszcza salę kinową, chcąc jak najszybciej zapomnieć, co zobaczył. Na szczęście film bardzo to ułatwia, nie dając nic, co mogłoby w głowie na dłużej zostać. Chociaż taki plus. Postaci są tak nijakie, że wszystkie są nam kompletnie obojętne. Czy ktoś zginie, czy przeżyje, czy będzie szczęśliwy, czy będzie cierpieć, jeden pies. Nie bez powodu pozwoliłem sobie na początku na ten żarcik, że to dzieci pisały scenariusz. Wiecie jak to jest, jak małe dzieciaki się bawią, a ich wyobraźnia działa w najlepsze, tapczan to statek kosmiczny, deski parkietu to ulice, najbardziej niepozorny przedmiot może stać się w ich oczach magicznym artefaktem, a zwykły pokój mityczną krainą. A my dorośli, choć byśmy się bardzo starali, nie potrafimy już tego w pełni poczuć, dostrzec tych rzeczy, które one widzą. Tak właśnie jest ze scenariuszem „X-Men: Mroczna Phoenix”. Ktoś totalnie popuścił wodze fantazji, posklejał do kupy elementy, które owej kupy się nie trzymają, a my jak ten dorosły patrzący na zabawę dzieci, nie łapiemy się w tym, nie rozumiemy i nie czujemy tego.

Przypomniała mi się jeszcze jedna zaleta filmu – nie ma ukrytych scen w trakcie napisów końcowych, czy też po nich, dzięki czemu można szybciej wyjść z kina. 😀

Podsumowanie będzie krótkie. „X-Men: Mroczna Phoenix” jest totalną porażką. Jest – i mówię to z pełną odpowiedzialnością – najgorszym, jak do tej pory, filmem z uniwersum X-Menów. Bzdurna fabuła, koszmarne dialogi, drewniane kreacje, to znaki rozpoznawcze tego „dzieła”. Omijać jak najszerszym łukiem.

Maggot

Ocena: 2/10

X-Men: Mroczna Phoenix (oryg. X-Men: Dark Phoenix)

Rok: 2019
Reżyseria: Simon Kinberg
Scenariusz: Simon Kinberg
Obsada: Sophie Turner, James McAvoy, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence, Nicholas Hoult, Tye Sheridan, Jessica Chastain
Czas Trwania: 113 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *