RECENZJA: Godzilla II: Król potworów

Konnichiwa Geek-san 🙂

6-go sierpnia 1945 r. amerykański bombowiec B-29 „Enola Gay” zrzucił na japońskie miasto Hiroszima bombę „Little Boy”. Był to pierwszy w historii ludzkości atak nuklearny. Do drugiego, a zarazem ostatniego, doszło 3 dni później, gdy zrzucona z pokładu samolotu „Bockscar” bomba „Fat Man” spadła na Nagasaki. Na skutek samego wybuchu i w wyniku napromieniowania śmierć poniosły setki tysięcy osób, a wydarzenia te mocno odcisnęły się na losach świata, broń nuklearna i groźba jej użycia stały się motorem napędowym zimnej wojny, która ogarnęła świat na wiele lat. Obawy przed ponownym użyciem tej straszliwej broni dały jednak ludzkości dobre rzeczy, a pośród nich, jednego z najsłynniejszych, jeśli nie najsłynniejszego, popkulturowego potwora – Godzillę, gigantycznego jaszczura, efekt popromiennych mutacji. Nasz straszny bohater trafił na ekrany kin pierwszy raz w 1954 r., powołany do życia w legendarnej już, japońskiej wytwórni Toho, kiedy to siał zniszczenie w stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni. Na przestrzeni lat film doczekał się niezliczonych kontynuacji oraz trzech amerykańskich remake’ów. Ten pierwszy z 1998 był tak słaby i odległy od oryginału, że pozwolę sobie go przemilczeć. W 2014 r. na ekrany kin trafiła kolejna amerykańska ekranizacja, tym razem nawiązująca bezpośrednio do japońskiego oryginału. Obraz spotkał się z dość ciepłym przyjęciem, zarówno krytyków, jak i widzów. W tym roku natomiast doczekaliśmy się jego kontynuacji w postaci „Godzilla II: Król Potworów”.

© Warner Bros. Pictures

O czym zatem opowiada film? Okazuje się, że „tytanów”, czyli wielkich monstrów pierwotnie zamieszkujących Ziemię, jest więcej niż tylko to, co zobaczyliśmy w poprzedniej części. Dowiadujemy się, że znana nam już organizacja Monarch monitoruje z kilkanaście takich stworzeń na całej planecie. Jednym z naukowców tejże organizacji jest niejaka dr Emma Russell (Vera Farmiga), pracująca nad specjalnym urządzeniem, które poprzez zestrajanie się z falami dźwiękowymi emitowanymi przez potwory, może w teorii pozwalać na pewną formę komunikacji z nimi, a może wręcz nawet na kontrolowanie ich. Wiadomo jednak, że nie może być zbyt sielankowo, wszak taka zabaweczka jest zbyt łakomym kąskiem, kwestią czasu zatem jest tylko, zanim jakiś złoczyńca wyciągnie po nią łapy. Takowym okazuje się być niejaki Alan Jonah (Charles Dance). No i wiadomo, życie pani doktor znajdzie się w niebezpieczeństwie, a żeby było bardziej dramatycznie, to w całą kabałę wmieszana zostanie jej córka Madison (Millie Bobby Brown) i mąż Mark (Kyle Chandler), a te wszystkie dramaty są, rzecz jasna, zaledwie pretekstem, by napuścić na siebie zgraję potworów i cieszyć oczy widza tym, jak się nap… Naparzają. 😀

Nie ma się co oszukiwać, filmy o Godzilli, to nie są laureaci festiwalu w Sundance, tu nikt się większej głębi nie spodziewa, tu ma być zniszczenie, zagłada, ma być widowiskowo, drapacze chmur mają się walić jak domki z kart, wielkie odrzutowce spadać jak komary trafione smugą muchozolu, a ludzie mają pierzchać przed potworami, jak mrówki przed… ludźmi. 🙂 I tak do pewnego stopnia jest. Wizualnie film stoi na wysokim poziomie. Wygląd potworów, ich animacja, ruchy, wszystko to wygląda naprawdę majestatycznie, momentami wręcz pięknie. Serio, jeśli ktoś choć odrobinę nie westchnie z wrażenia na widok rozkładającej z gracją swoje świecące skrzydła Mothry, tuż po wykluciu z kokonu, to chyba piękna po prostu docenić nie potrafi. 😛 Godzilla wyłaniający się z wody z zapalającymi się jeden po drugim kostnymi wypustkami na grzbiecie, czy King Gidorah lecący wewnątrz chmury burzowej, którą sam tworzy, te sceny naprawdę robią wrażenie.

© Warner Bros. Pictures

Tu jednak pojawia się pierwszy problem, który nie uwidacznia się tylko w tym filmie, ale zdaje się być niestety już pewną regułą w hollywoodzkich produkcjach. Pozwólcie, że zapytam – co jest solą filmu o wielkich potworach? To, że ze sobą walczą, prawda? A gdzie najlepiej, jeśli ze sobą walczą? Oczywiście w wielkich metropoliach! A dlaczego? Bo fajnie patrzy się na to, na ile wymyślnych sposobów można je demolować, jak różne wytwory architektury i budownictwa składają się jak domino, jakie to wszystko wydaje się być kruche i nic nie warte w konfrontacji z potęgą wielkich kaiju. I wiem, że teraz zabrzmi to może trochę kontrowersyjnie, ale chodzi też w tym o to, żeby pokazać jak bezradni, jak zdani na łaskę monstrów są mieszkańcy owych miast. Co więc dostajemy tutaj? Wszyscy ewakuowani, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! Gdzieś tam w jednej czy dwóch scenach, przy okazji powstania Rodana z wulkanu, w leżącym u jego podnóża, meksykańskim mieście komuś się oberwało. Ale poza tym, widz ma wrażenie, że wielomilionowe miasta są opustoszałe, że wszyscy się bezpiecznie pochowali albo ewakuowali. Jakby potwory czekały, aż ktoś przygotuje im ring do walki, posprząta go, wytrze, a potem je nań wpuści. Podobnie było w poprzedniej części „Godzilli”, w „Avengers: Czas Ultrona”, „Avengers: Wojna Bez Granic”, przykłady można by mnożyć. Podobno sceny walki Supermana z Zodem w „Człowieku ze Stali”, dosłownie demolujących Metropolis pełne niewinnych cywili, tak rozsierdziły co niektórych obrońców moralności i przyzwoitości, że teraz Hollywood boi się rozwałki w miastach z udziałem ich mieszkańców. Wynikiem tego jest to, iż potwory w najnowszej ekranizacji „Godzilli” albo biją się na jakichś pustkowiach (np. Antarktyda) albo w opustoszałych miastach. Super…

Przyznam się szczerze, bez bicia, że kompletnie nie pamiętam, jaka była w tym filmie muzyka. Zakładam, że była epicka i pompatyczna, bo jakaż inna miałaby być w filmie tego typu? Podejrzewam też, że to fakt, iż wzrok był tak intensywnie atakowany efektami wizualnymi, a uszy ciągłymi wybuchami i rykami stworów, sprawił, że tło muzyczne jakoś kompletnie umknęło mojej uwadze.

© Warner Bros. Pictures

Napisałem na początku, iż po filmie takim jak „Godzilla II” nikt raczej nie spodziewa się głębokiej historii, jakakolwiek fabuła ma być pretekstem do rozwałki. Owszem, podtrzymuję – do pewnego stopnia – to stanowisko, jednakże nie zaszkodziłoby, skoro mamy już jakichś bohaterów, obdarzonych imionami i jakimiś życiorysami, żeby mimo wszystko historia nie było totalną wydmuszką, szczególnie jeśli zatrudniamy grupę naprawdę utalentowanych aktorów. Niestety, mimo iż na ekranie widzimy takie nazwiska jak Chandler, Farmiga, Dance, czy powracający do swoich ról Ken Watanabe (dr Serizawa), Sally Hawkins (dr Graham) czy David Strathairn (adm. Stenz), to tak naprawdę widzimy tylko ich twarze. Postaci, które grają są tak jednowymiarowe, tak sztampowe i przewidywalne, że nie ratuje ich nawet talent artystów się w nie wcielających. Do tego fabuła zdaje się być zlepkiem pojedynczych, losowych wydarzeń połatanych naprędce na tyle, żeby całość jakoś trzymała się kupy i nie rozpadła się do końca seansu, byle tylko w jakiś sposób uzasadnić kolejne walki stworów. Moim zdaniem powinno się wyciąć połowę fabuły, nie silić się na jakieś nieudolne przemycanie widzom płytkich przesłań o dewastowaniu naszej planety (a to właśnie film próbuje robić) i skupić na rozwałce. Ale wtedy zrobić już to na całego, „wszędzie ruchawka, zniszczenie i pożoga”, jak śpiewał Kazik Staszewski. 🙂 Film trwa ponad 2 godziny, a duża część z tego to durne gadanie, którego można było widzom oszczędzić.

© Warner Bros. Pictures

I tu przechodzimy do jeszcze jednego zarzutu wobec filmu. O pierwszej części „Godzilli” z 2014 r. mówiło się, że film ogólnie fajny, ale „mało Godzilli w Godzilli”. Chciano przez to powiedzieć, że jak na obraz o tak kultowym potworze, to jest go mało, że za dużo tych wszystkich ludzi dookoła, ich nudnych historii, kiedy widzowie tak naprawdę chcą zobaczyć ścierające się monstra. Z kontynuacją wiązano nadzieje, że naprawi ten błąd. Udało się to, ale w niewielkim stopniu. Przy porównywalnej długości (druga cześć jest o 9 min. dłuższa), czas antenowy Godzilli i jego kumpli wcale nie jest dużo większy, niż był poprzednio, a przynajmniej nie jest to wyraźnie odczuwalne przez widza. Być może denna fabuła i jednowymiarowe postaci ze swoimi generycznymi dialogami oddziałują na czasoprzestrzeń jakimś polem nudowym, tym samym ją zakrzywiając, sam już nie wiem. Wiem natomiast, że ja z sali kinowej nie wychodziłem usatysfakcjonowany.

Jeśli macie wolne dwie godziny z haczykiem, nic lepszego do roboty, zapas przekąsek w lodówce, a dodatkowo lubicie niezobowiązujące intelektualnie filmy o wielkich stworach, możecie śmiało obejrzeć „Godzilla II: Król Potworów”. Nie powinno to jednak przesłaniać faktu, że jest to film równie przepiękny wizualnie, co pusty i nudny fabularnie, z manekinami recytującymi dialogi zamiast postaci z krwi i kości, a koniec końców z niezadowalającą ilością sianego przez potwory zniszczenia. Na dalsze poczynania Warner Bros. w kontekście potwornego uniwersum, a takowe na pewno będą, patrzę z bardzo dużą dozą sceptycyzmu. Moim zdaniem droga do nikąd…

Maggot

Ocena: 4/10

Godzilla II: Król Potworów (oryg. Godzilla: King of the Monsters)

Rok: 2019
Reżyseria: Michael Dougherty
Scenariusz: Michael Dougherty, Zach Shields
Obsada: Kyle Chandler, Vera Farmiga, Millie Bobby Brown, Ken Watanabe, Sally Hawkins, Charles Dance, David Strathairn
Czas Trwania: 132 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *