RECENZJA: Spider-Man: Daleko Od Domu

Witam serdecznie drogich Geeków.

Gdy tak sobie myślałem o tym, jaki by tu napisać wstęp do tej recenzji, to – nie wiedzieć czemu – przypomniała mi się piosenka z serialu animowanego Spider-Man z lat 60-tych, a stamtąd już tylko rzut beretem do poniższego motywu, nawiązującego do naszego ulubionego, lepkiego superbohatera.

Jaki ma to związek z filmem „Spider-Man: Daleko Od Domu”, najnowszą, 23-cią już ekranizacją superbohaterskich komiksów w ramach Kinowego Uniwersum Marvela? Żaden… 😛 Ale sobie o tym przypomniałem i chciałem się tym z Wami podzielić. 😀 A swoją drogą film „The Simpsons Movie”, z którego owa scenka pochodzi, serdecznie Wam polecam. Przejdźmy jednak do Petera Parkera i jego przygód.

Akcja „Spider-Man: Daleko Od Domu” dzieje się tuż po wydarzeniach z „Avengers: Koniec Gry”. Tu od razu drobna, lecz istotna uwaga – jeśli nie widzieliście tego filmu i nie macie pojęcia, co się w nim wydarzyło, nie zasiadajcie do nowego Spider-Mana. Tak po prawdzie, to czytanie niniejszej recenzji również może Wam w takiej sytuacji zepsuć trochę frajdy, mimo iż ewidentnych spoilerów tu nie znajdziecie. Peter Parker (Tom Holland), jak i wiele jego szkolnych kolegów i koleżanek stara się zaaklimatyzować do życia w świecie, który opuścili nagle na 5 lat na skutek pstryknięcia Thanosa. Świat poszedł do przodu, wiele się zmieniło, niektórzy szkolni koledzy, którzy jeszcze „przed chwilą” byli rówieśnikami, nagle stali się „starszakami”. Żeby ulżyć sobie trochę w tych niełatwych okolicznościach, klasa Petera udaje się na wycieczkę do Europy, która to wyprawa ma się stać dla naszego bohatera sposobem, by zbliżyć się do MJ (Zendaya). Ale o sielance i niczym niezmąconych, miłosnych podbojach mowy być nie może, bo Ziemi zagraża nowe, tajemnicze niebezpieczeństwo. W różnych miejscach na świecie pojawiają się tajemnicze istoty, obdarzone mocami żywiołów, które sieją spustoszenie gdziekolwiek się zjawią. Zagrożenie to monitoruje nikt inny, jak nasz stary, dobry znajomy Nick Fury (Samuel L. Jackson), który postanawia zwerbować „pajączka” do pomocy. Okazuje się, jednak, że Peter to nie jedyny sojusznik Fury’ego, w całą sprawę zaangażowany jest bowiem również tajemniczy, obdarzony wyjątkowymi mocami Mysterio (Jake Gyllenhaal).

© 2019 CTMG, Inc. All rights reserved

Spider-Man: Far From Home, jak każda ekranizacja komiksów o superherosach, opiera się w dużej mierze na wyglądzie. Co byśmy nie mówili o tym, że fabuła ma wciągać, dialogi mają bawić, a postaci intrygować swoją nietuzinkowością, to jeśli film będzie brzydki czy niedorobiony, to zbierze od nas, surowych i wymagających widzów, przysłowiowe baty. Przypomnijcie sobie „Ligę Sprawiedliwości” z obrzydliwie animowanym Steppenwolfem i tymi niesławnymi, wyszydzanymi na każdym kroku, komputerowo dorobionymi ustami Supermana. Jak więc prezentuje się pod tym względem nowa produkcja Marvela? Bardzo dobrze, czyli już… standardowo. Marvel przyzwyczaił nas generalnie, bo drobne wpadki też się zdarzały, do wysokiego poziomu wykonania jeśli chodzi o efekty specjalne, komputerowe, kostiumy, charakteryzację, itd. W związku z tym to, co wykonane porządnie, na wysokim poziomie, przestaje być już obiektem westchnień, a staje się absolutnym minimum, poniżej którego zejść już po prostu nie wypada. No chyba, że jest się z DC. 😛 „Spider-Man: Daleko Od Domu” wygląda właśnie tak – na wysokim poziomie, profesjonalnie, z dbałością o szczegóły, ale nie ma w nic właściwie nic, co mogłoby wywrzeć na widzach niezapomniane wrażenie. Gdybym miał coś wyróżnić, to byłyby to żywiołaki (szczególnie jakoś ten ognisty zapadł mi w pamięć) oraz wygląd Mysterio. Jako jego fan jeszcze z komiksów (mój drugi, ulubiony wróg Spidey’ego po Venomie) byłem naprawdę usatysfakcjonowany tym, jak został przedstawiony w tym filmie. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to do faktu, że czasem jeszcze widać pewną nienaturalność w ruchach głównego bohatera, gdy w szybkim tempie skacze, biega i buja się na pajęczynie, czyli tam, gdzie generowany jest komputerowo. Widać nie ma jeszcze idealnego modelu symulującego ruch człowieka, by w takich scenach wyglądało to w 100% autentycznie. Ale to już takie czepialstwo dla samego czepialstwa. 😉

© 2019 CTMG, Inc. All rights reserved

Jeśli podobała Wam się ścieżka dźwiękowa „Homecoming”, z tymi wszystkimi luźnymi, „młodzieżowymi”, rockowymi akcentami, to muzyka „Daleko Od Domu” powinna również przypaść Wam do gustu. Poza obowiązkowymi, pompatycznymi kompozycjami okraszającymi widowiskowe walki tych dobrych z tymi złymi, mamy tu dużo tego charakterystycznego, lekkiego, pozytywnie szczeniackiego klimatu.

No właśnie, wspomniany szczeniacki klimat. Jeśli pamiętacie moją recenzję „Spider-Man: Homecoming” (a jeśli nie, to znajdziecie ją tutaj), to moim głównym zarzutem wobec tamtego filmu było to, iż był on, w moim odczuciu, zbyt młodzieżowy, wręcz infantylny. „Daleko Od Domu” wypada pod tym względem o niebo lepiej. Niby nadal jest to historia o nastolatkach, ale jest w niej swoista dojrzałość, większa wiarygodność, mam wrażenie, że łatwiej się z pewnymi rzeczami utożsamić. Perypetie sercowe Petera nie wyglądają już jak wyjęte z płytkiego, banalnego gniota dla nastolatków, jest w nich coś takiego co może sprawić, że niejeden facet na sali kinowej pomyśli sobie z lekkim sentymentem „kurcze, też kiedyś robiłem coś podobnego”. Podoba mi się również przemiana, jaką przechodzi Peter, gdy dociera do niego powoli, że bycie beztroskim nastolatkiem, gdy posiada się takie moce, nie jest człowiekowi pisane. Duże tu brawa dla Toma Hollanda za wiarygodne oddanie swoją kreacją tego wewnętrznego konfliktu, jaki targa jego bohaterem. To wszystko nie oznacza jednak, że nagle dostajemy poważny jak dezynfekcja film o nastolatkach, którzy nagle wydorośleli, przez co film nie posiada już tej lekkiej, zabawnej atmosfery poprzednika. Nic z tych rzeczy, nadal jest tu dużo humoru, były momenty, w których naprawdę setnie się uśmiałem. Plusem tego filmu jest równowaga, nie ma przegięcia ani w stronę powagi, ani humoru, dodatkowo charakteryzuje się on bardzo równym tempem rozwoju wydarzeń, cały czas coś się dzieje, czy jest to scena akcji, czy wciągający dialog, nie ma niepotrzebnych przestojów i przynudzania.

© 2019 CTMG, Inc. All rights reserved

Jak już wspomniałem na wstępie, gdy za dzieciaka czytałem komiksy o Człowieku Pająku, moim drugim ulubionym jego antagonistą był właśnie Mysterio. Te wszystkie sztuczki, którymi się posługiwał, w połączeniu z jego kostiumem i tym akwarium na głowie, bardzo rozbudzały moją wyobraźnię. Możecie się zatem domyślić, jak ucieszyłem się, że w końcu doczekał się on filmowej inkarnacji i od razu naprawdę udanej. Mysterio mi się podobał, zarówno pod względem wyglądu, jak i samego sportretowania jego osobowości, choć może motywy, które nim kierowały pozostawiały nieco do życzenia. Uwielbiam Jake’a Gyllenhaala. W jakiej roli by się nie pojawił, niezależnie od poziomu filmu, wprowadza mnóstwo uroku, gość ma tę unikatową charyzmę, która bije od praktycznie każdej jego kreacji. Nie inaczej jest tutaj, aktor wyciska co może ze swojej postaci i każda chwila, gdy jest na ekranie, cieszy. Nie bez powodu użyłem sformułowanie „wyciska”. Nie jest tajemnicą, że filmowe czarne charaktery z MCU, jakim potencjałem nie byłyby obdarzone, rzadko kiedy dostają okazję, by ich historia była opowiedziana w sposób wyczerpujący, by te postaci mogły nabrać głębi, wielowymiarowości, by mogły być bardziej intrygujące dla widza, na dłużej zapadały w pamięć. Na ogół są to antagoniści na jeden strzał i „do widzenia”, nie ma czasu żeby porządnie, szczegółowo przedstawić ich historię, bo zaraz już przychodzi im umierać albo trafiać do pierdla. 🙂 I tu kryje się mój największy zarzut wobec „Spider-Man: Daleko Od Domu”. To, co scenarzysta zrobił z prezentacją sylwetki Mysterio, kim jest, skąd się wziął, co nim kieruje, woła o pomstę do nieba. Ja rozumiem, że czasu mało, film trwa tylko 2 godziny, ale to co się tu odwala, to już gruba przesada, powiedzieć o tym, że to pójście na skróty, to jak nic nie powiedzieć. W encyklopedii pod hasłem „leniwy scenarzysta” powinno się znaleźć zdjęcie Chrisa McKenny. Nie chcę, żeby zrozumiano mnie źle – nie mam problemu z samą postacią, Mysterio bardzo mi się podoba, a Jake Gyllenhaal jest świetny. Mam problem z tym, jak zostaje nam przedstawiony. Nie mogę, rzecz jasna wejść w szczegóły, bo pojawiłyby się spoilery, ale gdy już zobaczycie film, to jestem pewien, że zrozumiecie, o co mi chodziło.

© 2019 CTMG, Inc. All rights reserved

Co roku dostajemy 2-3 nowe filmy od Marvel Studios, „Spider-Man: Daleko Od Domu” to już pozycja nr 23. w ich dorobku. I są momenty, gdy widać już ozanki zadyszki, braku wystarczającej ilości pomysłów, jak na przykład w „Czarnej Panterze” czy „Ant-Manie i Osie”, które to filmy uważam za dość przeciętne. Widać jednak, że w kontekście Spider-Mana Marvel na mielizny kreatywności jeszcze nie wpłynął. „Daleko Od Domu” rewolucją nie jest, ale niewątpliwie jest filmem świeżym, z wartką akcją, zbalansowanym tonem, dużą ilością humoru, który nie męczy, z dobrymi kreacjami aktorskimi i jak zwykle na wysokim poziomie realizatorskim. Jako iż jest to ostatni film Marvela ukazujący się w tym roku, można śmiało rzec, iż wytwórnia zakończyła 2019 na wysokiej nucie.

Maggot

Ocena: 8/10

Spider-Man: Daleko Od Domu (oryg. Spider-Man: Far From Home)

Rok: 2019
Reżyseria: Jon Watts
Scenariusz: Chris McKenna
Obsada: Tom Holland, Jake Gyllenhaal, Samuel L. Jackson, Zendaya, Jacob Batalon, Jon Favreau, Marisa Tomei
Czas Trwania: 129 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *