RECENZJA: Батюшка „Панихида” vs. „Господи”

здраствуйте drodzy melomani!

4-ty grudnia, A.D. 2015 zapisze się na zawsze złotymi zgłoskami w historii ciężkiego grania. Oto na świat przyszedł album jak żaden inny, łączący w sobie surowość, bezkompromisowość i bluźnierstwo black metalu, z klimatem prawosławnych nabożeństw. Gitarowe tremola, perkusyjne blasty i diabelskie wrzaski wybrzmiewały zza ściany kadzidlanego dymu, przy akompaniamencie dzwonków, dzwoneczków, kołatek i innych cerkiewnych utensyliów, a na to wszystko nakładały się mocarne, męskie chóry. Słuchanie tej mieszanki sprawiało, że ciarki przechodziły po plecach. Sama muzyka to jednak nie wszystko, nie mniejsze znaczenie miał image zespołu i spektakl, jaki miał miejsce na scenie. Ambona, ikony, świece, kadzidła, zamaskowani muzycy w odzieniach wzorowanych na liturgicznych strojach cerkiewnych, mózg stawał dęba. To nie były już tylko koncerty, tylko bluźniercze, teatralno-religijne rytuały, oddziałujące na inne zmysły, niż li tylko słuch. Zespół podpisał kontrakt z tuzami branży – Metal Blade, zjeździł świat wzdłuż i wszerz grając na najbardziej szanowanych festiwalach i… No i jak to powiedział w „Kochaj Albo Rzuć” Kazimierz Pawlak – „Im wyżej wleziesz, z tym większym hukiem zlecisz!”. Na przełomie 2018/2019 o zespole znów zrobiło się głośno, ale niestety nie za sprawą dokonań artystycznych. Okazało się bowiem, że konflikt między głównodowodzącymi zespołu – Krzysztofem Drabikowskim i Bartłomiejem Krysiukiem, doprowadził do wydalenia tego pierwszego z zespołu. Od razu zaznaczam, że ów konflikt, batalia na słowa w internecie, jak również ta prawna w sądzie, nie są przedmiotem niniejszej recenzji. Nie było mnie tam, nie znam ludzi, nie wiem, nie wypowiadam się, niech sądy rozstrzygają, mnie interesuje przede wszystkim muzyka. A na tym polu zrobiło się ciekawie, ponieważ Drabikowski, mimo braku praw do nazwy zespołu, wydał nowy materiał „Batushki”, zatytułowany „Панихида” (czyt. panihida, pol. nabożeństwo żałobne). Posiadający oficjalnie prawa do marki, ale odsądzany od czci i wiary przez wielu fanów grupy Krysiuk wydał niedługo potem płytę oficjalnej Batushki – „Господи” (czyt. hospodi, pol. Pan [Bóg]). Cyrk na kółkach, brazylijska telenowela. Co z tego zamieszania wyszło? Postanowiłem oba wydawnictwa wziąć na warsztat i się przekonać.

Zacznijmy od brzmienia obu albumów, bo już na tym polu rysują się wyraźne różnice. Pod względem brzmienia samych instrumentów, forma podana na „Panihidzie” przez Drabikowskiego jawi się jako bardziej surowa, brudna, zbliżona do oryginalnego wydawnictwa Batushki. Wszechobecne, wspomniane już wcześniej, gitarowe tremola, blasty perkusyjne, mniej wypolerowana produkcja to charakterystyczne cechy tego wydawnictwa, które zdecydowanie można zaliczyć mu na plus, jest to black metal, jak się patrzy. Jeśli to brudne, trochę garażowe, surowe brzmienie „Litourgiya” przypadło Wam do gustu, to pośród dźwięków „Panihidy” poczujecie się, jak w domu. Oficjalna Batushka poszła w stronę bardziej nowoczesną, produkcja jest czystsza i bardziej mocarna, co szczególnie słychać w riffach, które jakby skręcają momentami bardziej w stronę death, a nawet… groove metalu. Partie gitarowe z drugiej części utworu „Wieczernia” mogłyby śmiało znaleźć się na jakiejś płycie Machine Head, a momentami słuchając „Hospodi” miałem wrażenie, że jakiś chochlik nacisnął przycisk losowego odtwarzania i zamiast Batushki, słucham już Gojiry. 😛 Słuchając „Panihidy” można odnieść jasne wrażenie, że to faktycznie Drabikowski był mózgiem instrumentalnym na pierwszym albumie grupy, co przeniósł na swój drugi album. Pytaniem zatem jest, czy Krysiuk nie chciał kopiować tego brzmienia na swoje wydawnictwo, czy nie był w stanie? W każdym razie „Hospodi”, pod względem instrumentalnym, nie brzmi tak, jak „Litourgiya”, „Panihida” wręcz przeciwnie.

Jeśli chodzi o wokal, to w obozie „Bart” (Krysiuk) nic się nie zmieniło, wszak to on był odpowiedzialny za darcie japy na debiutanckim albumie. Na „Hospodi” skrzeczy sobie więc dalej w najlepsze w swoim stylu i dobrze się tego słucha. Sprawy mają się nieco gorzej na „Panihida”, gdzie nie dość, że wokal został – moim zdaniem – trochę za bardzo schowany w miksie, to i można odnieść wrażenie, że i płuca, jak i gardło nie te. Wokal brzmi na wymęczony, czego apogeum słychać w „Песнь 3”, gdzie można odnieść wrażenie, że gaśnie momentami z braku tchu. Nie brzmi to dobrze, niestety.

No i teraz przechodzimy do soli tej ziemi, do mięcha, do tego, co tygryski lubiły najbardziej w pierwszym albumie Batushki – klimat. „Litourgiya” była jak mroczne, bluźniercze nabożeństwo w małej cerkiewce, gdzieś na odludziu, w sąsiedztwie mrocznych, prastarych kniei, którą ktoś przerobił na kościół Szatana. Był to album koncepcyjny, ale nie tylko w kontekście tematyki, ale i samej struktury płyty, której najlepiej słuchało się w jednym posiedzeniu, gdzie jeden utwór przechodził nastrojowo w drugi, od pierwszego „módlmy się”, do ostatniego „amen”. Do tego te wszystkie dzwonki, przeszkadzajki i chóry, wkomponowane w blackowe dźwięki z takim wyczuciem, że aż dziw bierze. Coś, co mogło się nie udać pod tak wieloma względami, zadziałało pod praktycznie każdym. Jak więc jest tutaj? Cóż… nie za dobrze i to właśnie klimat płyt obnaża ich największe słabości.

Jak już powiedziałem, „Panihida” jest duchowym kontynuatorem „Litourgiya” na polu instrumentalnym, próżno tu jednak szukać tej spowitej kadzidlanym dymem atmosfery poprzedniczki. Czasem coś zadzwoni, są charakterystyczne chóry, ale to już nie ektenie napędzają klimat płyty, ale diabelskie riffy i skrzekliwy wokal. Motywy cerkiewne są dużo bardziej wycofane, na pierwszy plan wysuwa się po prostu solidny black metal. Co prawda bardzo dobrze zagrany, łączący odpowiednią dawkę agresji, brudu i melodyjności, ale tylko tyle. Problem jest taki, że kolejne utwory zaczynają się z czasem zlewać w jedną całość, dodatków prawosławnych jest zbyt mało i są zbyt podobne do siebie, by efektywnie przyjść w sukurs muzyce i wynieść „Panihidę” na wyższy poziom. To naprawdę solidny black metal, ale ten charakterystyczny klimat ostał się tu w ilościach śladowych.

Na „Hospodi” postawiono na bardziej epicki rozmach, już otwierający płytę „Wozglas” pokazuje nam, że będzie majestatycznie, że chóry będą grzmieć, aż to w trzewiach poczujemy. I w pewnym sensie tak jest. Można odnieść wrażenie, że z tej wspomnianej wcześniej, małej cerkiewki na odludziu przenieśliśmy się nagle do Moskwy, do Cerkwi Wasyla Błogosławionego, a w „nabożeństwie” bierze udział sam wujek Władimir. No i fajnie, większa scena, większy budżet, rozgłos, sława, prestiż, ale co z tego, skoro trzeba się pilnować co się mówi i robi, bo jedno krzywe spojrzenie ze strony współczesnego „cara” Rosji i skończy się na dnie Wołgi z betonowymi bucikami. I taka jest ta płyta – monumentalna, epicko brzmiąca, ale cholernie poprawna i jakby ugrzeczniona. Zniknął gdzieś ten brud, ta surowość, ten piwniczny klimat, to kadzidło, ten mrok, połowa tego co tu słyszymy, mogłaby trafić na którąś z ostatnich płyt Dimmu Borgir, które są tyleż epickie, co wypolerowane i ugrzecznione do porzygu. I niby mamy tu koncept śmierci, ostatniej drogi zmarłych, który to koncept spina całość, ale jakoś, przyznam szczerze, trudno tu wyczuć jakąś spójność. Technicznie nie ma się do czego przyczepić, ale duszy jakoś brakuje… Poza tym, album jest nieco za długi, zabrakło – moim zdaniem – pomysłów, by wypełnić te przeszło 51 minut, a trzy ostatnie utwory już straszliwie męczą bułę.

Gdy tylko świat dowiedział się o konflikcie w szeregach Batushki, po emocjonalnym nagraniu Drabikowskiego na YouTube, internet dość szybko zabrał stronę w konflikcie, okrzykując właśnie jego inkarnację zespołu „jedyną i prawdziwą Batushką”. Te głosy tylko się nasiliły, gdy światło dzienne ujrzała muzyka oficjalnej Batushki Krysiuka, która nie brzmiała tak, jak oryginał. I z jednym się zgodzę, jest tylko jedna, prawdziwa Batushka. I jest to ta, która wydała debiutancki album „Litourgiya”. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby grupa wydała tylko ten jeden album i dokonała żywota. Oszczędziłoby nam to przynajmniej tej szopki medialnej, jak i dwóch płyt, które tracą na tym konflikcie. Z połączenia tych dwóch wydawnictw, tego co na nich najlepsze, mogłoby wyjść coś naprawdę wielkiego. A tak mamy z jednej strony poprawny, fajnie brzmiący black metal, ale ze śladowymi ilościami klimatu, kulejącą momentami produkcją, wydany w pośpiechu, na skutek medialno-sądowej batalii głównych aktorów tego wątpliwego przedstawienia. Z drugiej zaś mamy pompatyczne, epickie brzmienie, nieskazitelną produkcję i klimat, który jednakże nie wywołuje ciarek, jest bardzo bezpieczny i grzeczny, za mało tu pazura, jak i pomysłów, które byłyby w stanie przyciągać do całej płyty, a nie tylko do kilku pierwszych utworów. Smutne to, ale tak właśnie wyglądają dwa (o zgrozo) albumy „jednego” zespołu. Czy będę do nich wracał? Już w tym roku wyszło trochę dobrego black metalu (choćby GHAALS Wyrd, Abbath, genialny nowy album Mord’A’Stigmata), a w odwodzie zawsze pozostaje „Litourgiya”. Coś czuję zatem, że nie za często, a jeśli już, to mam wrażenie, że prędzej do „Panihidy”, czego proszę nie odbierać, jako stawania po którejś ze stron konfliktu. Ja staję po stronie muzyki, a ta na albumie Drabikowskiego podoba mi się nieco bardziej. Amen.

Maggot

Ocena: Panihida 6/10, Hospodi 5/10

Batushka – Panihida

Data premiery: 26.05.2019
Gatunek: Black metal
Czas trwania: 42:11
Krzysztof Drabikowski muzyka

Batushka – Hospodi

Data premiery: 12.07.2019
Gatunek: Black(?) metal
Czas trwania: 51:13
Варфоломей wokal
Paweł Jaroszewicz perkusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *