RECENZJA: Pewnego Razu… W Hollywood

Czołem Geeki!

Quentin Tarantino to jedno z najgłośniejszych, najbardziej znanych nazwisk kina, nie tylko amerykańskiego, ale światowego. Reżyser i scenarzysta o charakterystycznym, unikatowym stylu, którego znakami rozpoznawczymi są m.in. ogromna dbałość o szczegóły w odtwarzaniu klimatu czasów, w których rozgrywa się akcja jego filmów; cięte, wulgarne dialogi; wyraziste postaci, doskonała muzyka, silne kobiety i przerysowana przemoc z lejącą się hektolitrami krwią. Zapowiedzi jego kolejnych filmów elektryzują od lat całe środowisko, a fani z zapartym tchem oczekują premier owych dzieł. Nie inaczej było i tym razem, bo oto światło dzienne ujrzał nowy obraz legendarnego reżysera – „Pewnego razu… w Hollywood”.

Głównym bohaterem filmu jest Rick Dalton (Leonardo DiCaprio), aktor, gwiazda, której blask mocno osłabł. Niegdyś głośne nazwisko, słynny łowca nagród Jake Cahill z telewizyjnego serialu „Bounty Law”, obecny nawet na pudełkach śniadaniowych uczniów, dziś łapie pojedyncze rólki w pilotach kolejnych seriali, spychany coraz bardziej na margines showbiznesu, desperacko próbuje się utrzymać na powierzchni. Pomaga mu w tym jak może jego przyjaciel, a zarazem dubler kaskaderski – Cliff Booth (Brad Pitt). Jest rok 1968, przemysł filmowy kwitnie, USA interweniuje w Wietnamie, dookoła coraz więcej hipisów, a w willi obok zamieszkał dopiero co Roman Polański (Rafał Zawierucha) ze swoją piękną żoną Sharon Tate (Margot Robbie). Wszystko się może zdarzyć! 😀

© Sony Pictures Entertainment

Powiedzmy to sobie od razu – po tak mocnych strzałach, jakimi raczył nas Tarantino przez ostatnie lata („Kill Bill”, „Bękarty Wojny”, „Django”), „Pewnego razu…” jawi się jako film niezwykle… spokojny i stonowany. To nie jest przepełniona akcją, strzelaninami oraz bryzgającą na lewo i prawo posoką młócka. Klimat tego dzieła budowany jest przede wszystkim przez oddanie realiów konkretnego miejsca w konkretnym czasie, a mianowicie Hollywood u schyłku lat 60′ ubiegłego wieku. I tu Tarantino robi to, co robił zawsze – zadbał o każdy, najmniejszy szczegół, by przenieść fizycznie widza do czasów, o których opowiada. Scenografia, kostiumy, fryzury, lokacje, rekwizyty, każdy papieros, każdy guzik u koszuli, każda para okularów czy spodni, każda spódniczka, sklepowy szyld, każda najdrobniejsza pierdółka widoczna na ekranie podprogowo mówi nam gdzie i kiedy jesteśmy.

Do tego dochodzi rzecz jasna doskonała muzyka, co również nie jest nowością w filmach Quentina. Jeśli dźwięki tej epoki są bliskie Waszemu sercu, to poczujecie się tu jak u siebie w domu, w ciepełku, pod kocykiem milusio otulającym wasze ciało.

© Sony Pictures Entertainment

Jak już wspomniałem, to nie jest film w stylu ostatnich dzieł z dorobku Tarantino, jest – moim zdaniem – dużo bardziej wymagający. Nie trzeba być ekspertem od II wojny światowej czy historii amerykańskiego, dzikiego zachodu, by dobrze bawić się przy „Bękartach Wojny”, „Django” czy „Nienawistnej Ósemce”. To były doskonałe filmy, z porywającymi kreacjami aktorskimi, doskonałymi dialogami i niebywałą dawką humoru, jednakże nie wymagały one od widza zbyt dużo przygotowania. W przypadku „Pewnego razu… w Hollywood” jest nieco inaczej. Sądzę, że nieznajomość realiów Fabryki Snów z końca lat 60′ XX wieku, prawideł jakimi rządził się w owym czasie przemysł filmowy, czy też choćby odrobiny biografii niektórych postaci prezentowanych w filmie, jak choćby Roman Polański, Sharon Tate, Jay Sebring (Emile Hirsch) czy Charles Manson (Damon Herriman) odbierze trochę frajdy z oglądania tego filmu. Jest to obraz dla fanów kina, ale nie tylko takich, co to nałogowo filmy oglądają, ale też kinem, jego historią i kulisami się po prostu interesują. Bez tej wiedzy film może jawić się jako pozbawiony konkretnego celu, wyraźnej osi fabularnej, pointy. Ja osobiście miałem takie podskórne uczucie, że niewiedza blokuje mi dostęp do pełni frajdy jaką mógłbym czerpać z oglądania tego filmu, jakbym leciał klasą biznesową wiedząc jednocześnie, że za gustownymi zasłonkami w pełni doświadczają luksusów pasażerowie klasy pierwszej. 😉

© Sony Pictures Entertainment

Nie zmienia to jednak faktu, że nowe dzieło Tarantino ogląda się naprawdę dobrze. Reżyserowi udała się ciekawa sztuka – film trwający ponad dwie i pół godziny, okraszony masą niespiesznych, z pozoru mało porywających, pozbawionych ostrego pazura dialogów, nie dłuży się nawet przez chwilę. Zastanawiałem się nad tym stanem rzeczy, próbowałem zrozumieć dlaczego tak się dzieje i doszedłem do następującego wniosku, choć nie będę się upierał, że jest on słuszny. Magią tych wszystkich dialogów jest to, czego z pozoru na pierwszy rzut oka nie widać, ani nie słychać, co nie wysuwa się na pierwszy plan. To te drobne szczegóły, jak mimika, gesty, drobne ruchy, sposób patrzenia aktorów na siebie, te wszystkie niuansiki towarzyszące ich dialogom, dopełniające całości ich interakcji, to one sprawiają, że tak dobrze, naturalnie i z pełnym zaangażowaniem się je ogląda. Jest taka scena, gdzie Rick Dalton rozmawia o swojej ekranowej przyszłości z producentem filmowym Marvinem Schwarzem (Al Pacino). Aktor jest z pewnością zestresowany, to może być albo szansa na powrót, albo podpisanie na siebie aktorskiego wyroku śmierci. Co przydarza nam się, gdy się stresujemy? Drżą nam ręce, łamie się głos, mówimy dziwne rzeczy, uaktywniają się jakieś dziwne tiki, będące papierkiem lakmusowym naszego stanu emocjonalnego. I coś takiego właśnie robi w tej scenie Leonardo DiCaprio – tak doskonale gra zdenerwowanego człowieka, że przestajemy patrzeć na to, jak na grę, my po prostu widzimy gościa w stresie, niepewnego jutra, desperacko wypatrującego przełomu w swej podupadającej karierze.

© Sony Pictures Entertainment

I tu przechodzimy do meritum. U Tarantino nie ma słabych punktów, jeśli chodzi o aktorstwo, tu każda kreacja jest strzałem w dziesiątkę, od osób które wypowiadają co najwyżej jedno słowo, po takie tuzy kina jak DiCaprio czy Pitt. Jakby sama obecność na planie filmu reżyserowanego przez tego legendarnego już twórcę wprowadzała ludzi na kolejny, wyższy poziom. DiCaprio jest klasą dla siebie, koniec, kropka! Jego kreacja jest fenomenalna, a w pamięć szczególnie zapadają sceny kręcenia pilota do nowego serialu westernowego. Palce lizać. Co nie znaczy, że inni wypadają gorzej na jego tle, co to, to nie. Końcowe sceny w wykonaniu Brada Pitta – majstersztyk! Lekki niedosyt pozostaje jedynie jeśli chodzi o Margot Robbie. Nie zrozumcie mnie źle – jest świetna, urocza i zjawiskowo, nieprzyzwoicie wręcz piękna, te kreacje z lat 60′ jakby były stworzone właśnie dla niej. Chodzi jedynie o to, że Australijka pokazała już, choćby genialną rolą w „Jestem najlepsza. Ja, Tonya”, że nie musi być tylko gratką dla oka, że stać ją na więcej, a tu nie dane jej było pokazać pełni swojego potencjału. Ale może tak właśnie miało być, może taka właśnie była Sharon Tate, a mi brakuje wspomnianej wyżej wiedzy?

Quentin Tarantino nigdy nie nakręcił filmu, o którym można by jednoznacznie, z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest zły. Jego dzieła są co najmniej dobre, a to najnowsze – „Pewnego razu… w Hollywood” tę passę podtrzymuje. Film bardziej wymagający od ostatnich dokonań reżysera w kontekście znajomości realiów, w których się rozgrywa, historycznego tła fabuły, będący jednakże nie lada gratką dla każdego widza, który potrafi docenić tytaniczną pracę przy odtwarzaniu klimatu czasu i miejsca akcji, jak również dobre dialogi i aktorstwo z absolutnie najwyższej półki. Polecam gorąco!

Maggot

Ocena: 8.5/10

Pewnego razu… w Hollywood (oryg. Once Upon a Time… in Hollywood)

Rok: 2019
Reżyseria: Quentin Tarantino
Scenariusz: Quentin Tarantino
Obsada: Leonardo DiCaprio, Brad Pitt, Margot Robbie, Al Pacino, Emile Hirsch, Margaret Qualley
Czas Trwania: 161 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *