RECENZJA: Iron Maiden „The Number Of The Beast”

Witam szanownych melomanów!

Iron Maiden, to marka, której chyba nikomu specjalnie przybliżać nie trzeba. Myślę, że – obok Metalliki – najbardziej znany zespół heavy metalowy świata, którego nazwę kojarzą nie tylko fani gatunku, ale i ci, którzy z metalem mają najwięcej do czynienia, gdy trzymają w dłoniach sztućce. Legenda ciężkiego grania, jeden z jego pionierów, ikona tak zwanej nowej fali brytyjskiego heavy metalu (New Wave Of British Heavy Metal), zespół-instytucja z łatwością zapełniający największe stadiony spragnionymi ich muzyki, wiernymi wyznawcami. Zespół, o którym ciężko pisać, bo wszystko praktycznie zostało już napisane i przeanalizowane. A jednak, z woli patronów, i ja spróbuję się z legendą zmierzyć, a konkretniej z ich epokowym dziełem „The Number Of The Beast”. 😀

W 1981 r. Iron Maiden nie był już zespołem anonimowym, mając na koncie dwa albumy długogrające („Iron Maiden” i „Killers”) oraz swoją pierwszą światową trasę. Kapelą zaczęły jednak targać wewnętrzne problemy, wokalista Paul Di’Anno popadał coraz bardziej w narkotykowe nałogi, a jego koledzy mogli coraz mniej na nim polegać. Ostatecznie zapadła decyzja, by wyrzucić Di’Anno. Na jego miejsce przyjęto niejakiego Bruce’a Dickinsona. Mało kto spodziewał się zapewne, że oto na pokładzie Żelaznej Dziewicy znalazł się człowiek, który wkrótce stanie się jednym z najbardziej charyzmatycznych, rozpoznawalnych i uwielbianych frontmanów w historii tej muzyki. 🙂

Bo to właśnie głos nowego wokalisty odmienił w ogromnym stopniu oblicze zespołu. Owszem mamy tu nadal wiele elementów, które zdążyły stać się znakami firmowymi Iron Maiden. Mamy więc szybkie, dynamiczne, ostre jak żyleta riffy gitarowe. I nawet jeśli piosenki zaczynają się spokojniej, jak choćby „Children Of The Damned” czy „Hallowed Be Thy Name”, to możemy być pewni, że pod koniec będziemy już zapierniczać w najlepsze i nie oglądać się za siebie. 🙂 Doskonałym riffom przychodzą naturalnie w sukurs przepiękne solówki, niech za przykład posłuży chociażby doskonała partia solowa zamykająca utwór „22 Acacia Avenue”. Kolejny, „maidenowski” znak rozpoznawczy, czyli funkcjonujący właściwie na tych samych prawach co gitary bas Steve’a Harrisa. Można mieć czasem wrażenie, że wręcz chciałby się wybić na pierwszy plan i błyszczeć pełnym blaskiem, podczas gdy riffy byłyby dla niego li tylko tłem. Z jednej strony bas podbija tu rytmikę, nadaje brzmieniu głębi, z drugiej skutecznie uwydatnia melodykę utworów. Palce lizać. Instrumentem, który najmniej „błyszczy”, a po prostu idealnie wpisuje się w całość jest perkusja. Jest solidnie, jest dynamicznie, porywająco, ale bez żadnych fajerwerków. Nie żeby były potrzebne, rzecz jasna. 😉

I zataczamy koło, powracając do osoby Bruce’a Dickinsona i jego głosu. Tu skok jakościowy jest najbardziej widoczny, szczególnie, że Di’Anno i Dickinson prezentują dwa dość odmienne style. Z jednej strony bardziej szorstki, lekko wrzaskliwy głos pierwszego wokalisty Maiden, z drugiej strony operowy wręcz, epicki, bardzo silny styl jego następcy. Weźmy choćby taki „Run To The Hills” i od razu wiemy o co chodzi. To ta moc, ta siła w głosie, która sprawia, że praktycznie każdy utwór zespołu jest murowanym, stadionowym hitem, a samemu Dickinsonowi tłumy fanów dosłownie jedzą z ręki. Człowiek jest legendą, instytucją, jest wokalnym bogiem, koniec kropka! 😀

Na uwagę zasługuje też bardzo dobra produkcja tego albumu. Słychać progres w stosunku do poprzednich płyt, a co najważniejsze, „The Number Of The Beast” bardzo dobrze się zestarzał. Ten album cały czas brzmi dobrze, świeżo, szczególnie po drobnym remasteringowym liftingu jaki dostał parę lat temu.

Dzieło epokowe, legendarne, jedyne w swoim rodzaju. Album, który nie tylko wprowadził Iron Maiden na najbardziej ekskluzywne salony, ale – w pewnym sensie – zapewnił zespołowi nieśmiertelność, przynajmniej w tej formie o jakiej mówił Horacy. 😉 Jak dla mnie dzieło kompletne, toteż ocena, jak poniżej.

Maggot

Ocena: 10/10

Iron Maiden – The Number Of The Beast

Data premiery: 22.03.1982
Gatunek: Heavy metal
Czas trwania: 40:22
Bruce Dickinson wokal
Dave Murray gitara
Adrian Smith gitara
Steve Harris gitara basowa
Clive Burr perkusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *