RECENZJA: Tool „Fear Inoculum”

Witajcie drogie geeki!

Niejednokrotnie zdarza się, że na kolejny album danego zespołu czeka się naprawdę długo. Czasem oczekiwanie może sięgać nawet dziesięcioleci, choć na ogół zdarza się to w przypadku, gdy kapela zawiesza działalność lub się rozpada, po czym po latach powraca do żywych. Gdyby jednak mieć teraz zapytać, na nowe wydawnictwo jakiego, aktywnego zespołu trzeba było czekać rekordową ilość czasu, podejrzewam, że znakomita większość fanów rockowego grania bez chwili zawahania poda nazwę Tool. Tak, moi drodzy, na następcę „10.000 Days” przyszło nam czekać bite 13 lat! Nie chcę się tu rozpisywać na temat owego oczekiwania, jego kulisów, perypetii powstawania nowego materiału, bo recenzja przeistoczyłaby się w powieść. Wiele już zostało o tym powiedziane i napisane, internety z przyjemnością zapoznają Was ze szczegółami. Ja pragnę skupić się na muzyce, a ta w końcu trafiła do nas, zebrana pod szyldem „Fear Inoculum”.

Od czego by tu zacząć, by z jednej strony nie popaść w banał, a z drugiej strony nie narazić niniejszego tekstu na przeintelektualizowanie…? To może zacznę od tego, że praktycznie od pierwszych taktów słychać, że to Tool i z niczym innym nie można tej muzyki pomylić. Jeszcze sam początek wstępu do otwierającego album utworu tytułowego może sprawić, że nie do końca wiemy, gdzie jesteśmy, ale gdy w okolicach 1:30 wchodzą instrumenty perkusyjne, a zaraz po nich bas, to już jesteśmy w domu. Wracamy w cztery ściany, w których nie byliśmy dawno, latami, wydawać by się mogło, że całe wieki, ale podświadomie kojarzymy to miejsce, nasze ciało w jakiś naturalny sposób wie, jak się w nim poruszać, wyczuwa przestrzeń, dłonie muskają kolejne przedmioty i czują, że jest to dotyk znajomy, wspomnienia i uczucia powracają coraz bardziej wyraziste. Tak, już tu byliśmy i czuliśmy się tu dobrze. Tak jest właśnie z tą płytą.

Tool nagrał po raz kolejny krążek inny od pozostałych, a jednocześnie tak bardzo „ich”, tak charakterystyczny, w tak niepodrabialnym stylu. To co od razu rzuca się w oczy, to liczba utworów i ich długość. Wersja na nośniku fizycznym, do której wrócę później, zawiera 6 utworów, z których żaden nie schodzi poniżej 10 min. czasu trwania, a całość trwa ok. 80 min. Wersja cyfrowa na platformach streamingowych okraszona została dodatkowo czterema krótkimi przerywnikami wplecionymi między wspomniane kobyły. Jeśli chodzi o brzmienie instrumentów, to nie ma tu nic, czego byśmy się po tym zespole nie spodziewali. Mi osobiście „Fear Inoculum” jawi się jako swoista wypadkowa „Lateralus” oraz „10.000 Days”. Myślę, że pisanie o kunszcie technicznym muzyków byłoby w tym momencie zbędnym truizmem, który sobie daruję. Na chwilę chciałbym się zatrzymać przy wokalu Maynarda, który brzmi delikatnie i czysto, jak chyba nigdy dotąd. Brakuje tu krzyków, sporadycznie słyszymy dźwięki bardziej drapieżne, z charakterystyczną matowością w głosie, dodatkowo, choć może to tylko wrażenie, czuję, jakby wokal był wyniesiony bardziej do przodu w porównaniu z poprzednimi albumami grupy. W sferze wokalnej skojarzenia z ostatnią płytą A Perfect Circle nasuwają się automatycznie. Nadal jest to jednak stary dobry Maynard James Keenan, którego głosu nie da się nie uwielbiać. 🙂

„Fear Inoculum” to album niełatwy w odbiorze. Mam świadomość, że to stwierdzenie brzmi jak truizm, którego chciałem w niniejszej recenzji uniknąć. W końcu ich płyty nigdy do najłatwiejszych nie należały, a każda kolejna zdawała się podnosić poziom trudności, z którym słuchacz miał się mierzyć. Tu jednak zespół, twierdzę, wzniósł się na wyżyny. Owo wyzwanie bierze się, w moim odczuciu, z dwóch czynników. Po pierwsze utwory są, jak już wspomniałem, bardzo długie, co samo w sobie, w naszych zalatanych, chaotycznych czasach może już być wyzwaniem. Nawet jeśli chcemy poświęcić czas choćby jednemu utworowi, to potrzebujemy go tyle, ile normalnie wymagałyby od nas ze 3-4 gnioty puszczane w radiu. Druga sprawa to mnogość muzycznych, technicznych, kompozytorskich pomysłów, jakie na tym albumie serwują nam muzycy. Można by wziąć wszystkie patenty z pierwszego z brzegu utworu, skondensować, nałożyć na siebie, zrobić 4-minutowy kawałek, z którego aż by kipiało i było by OK. Ale nie tą drogą postanowili pójść panowie z Tool, tu wszelkie detale są słuchaczowi stopniowo, sukcesywnie dawkowane, tu nie ma terapii szokowej, tu jest spokojne przyzwyczajanie ciała i umysłu, powolne dobieranie kolejnych składników diety. Nie da się przesłuchać pierwszych 2-3 minut jakiegokolwiek utworu i stwierdzić „OK, to tak to mniej więcej będzie brzmiało przez resztę jego trwania”. Nic z tych rzeczy. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że w dyskografii Toola znajdzie się wiele utworów wpisujących się w ten schemat, ale mam wrażenie, że jak nigdy przedtem, cała płyta jest w taki właśnie sposób skonstruowana. „Fear Inoculum” wymaga zatem od słuchacza poświęcenia pełni uwagi i dużych pokładów cierpliwości, ponieważ niektóre utwory potrafią snuć się dość leniwie i długo rozkręcać, w czym rekordzistą jest chyba „Culling Voices”, w którym 6,5 z 10 minut zdaje się być właśnie wstępem do właściwej, nieco cięższej części utworu, a słuchasz może się poczuć trochę tak, jakby siedział na wstrzymanym oddechu, aż do wejścia gitarowego riffu, przy którym może wreszcie odetchnąć pełną piersią.

Konsekwencją takiej a nie innej muzycznej konstrukcji jest klimat tej płyty, który również udaje się poczuć dopiero wtedy, gdy poświęci się jej całą uwagę, gdy się w niej zatopi i podda nurtowi. Dźwięki tej płyty, niejednokrotnie powtarzane w dłuższych sekwencjach, mają, jak miarowe tykanie zegara, wprowadzać słuchacza w trans. W stan świadomości, który przeniesie go do głębi jego umysłu, gdzie okazuje się, że umysł jest kosmosem. Ale popłynąłem… 😛 Ale wsłuchajcie się chociażby w drugą połowę „Descending” (na ten moment mojego faworyta na płycie) i powiedzcie mi, że nie mam racji. Niesamowite w tej płycie jest to, że tu są tak naprawdę proste środki wyrazu: wokal, trzy instrumenty oraz trochę elektronicznych plam i teł. Nie ma pierdyliarda instrumentów, ale klimatem można by obdzielić tuzin o wiele bardziej złożonych płyt prog rockowych czy metalowych.

Czy zatem płyta doskonała? Niezupełnie, choć to odczucie bardzo subiektywne. Mi brakuje trochę tego ostrzejszego, bardziej agresywnego oblicza Tool, tu sporadycznie dostaję odpowiednie dla mnie ładunki energii. Wspomniane przeze mnie wcześniej leniwe snucie się niektórych utworów, bywa niekiedy aż zbyt leniwe, vide wspomniany „Culling Voices”. Mój największy jednak problem nie jest związany z samą muzyką, ale z tym jak została wydana. Osobiście uważam, że wydanie na fizycznym nośniku tylko w postaci odpicowanego digi-packa, z ekranem, głośniczkami, który „goli, pier…li, krawaty wiąże, usuwa ciąże”, a przy tym kosztuje miliony monet, jest mało eleganckim zachowaniem wobec fanów. Są na świecie całe rzesze słuchaczy, które czczą muzyków Tool niczym bogów, które czekały z wypiekami na twarzy 13 lat na nową płytę, i które ową płytę chciałyby postawić sobie na półce. Jednak wiele z tych osób nie będzie w stanie tego zrobić, bo cena przerośnie ich możliwości finansowe. Przypomnę, że cena oryginalna to 45 USD, u nas jeszcze przed premierą można ją było kupić za ok. 360 PLN, a teraz ceny sięgają już nawet 600 PLN, bo w końcu to edycja limitowana, więc Janusze zaczynają windować ceny. Nie wiem, czym kierował się zespół, ale takie podejście do tematu uważam za przejaw totalnej ignorancji i braku szacunku wobec fanów. Ale to moje zdanie. Pozostaje więc wersja streamowana, która dodaje wspomniane cztery króciutkie utwory. Nie zgodzę się jednak z niektórymi recenzjami, że to fajne przerywniki, takie momenty wytchnienia. Jak dla mnie idealnie pasują do kobył, pomiędzy które są wplecione, a gdyby były ich częścią, to nawet bym pewnie nie zauważył. Miły dodatek, ale nie niezbędny.

Odłóżmy jednak już te sprawy marketingowe na bok, zbliżając się do podsumowania. „Fear Inoculum” to świetnie skomponowana i zagrana, doskonale przemyślana, bez zarzutu wyprodukowana, bardzo klimatyczna płyta. Jednocześnie uważam ją za najbardziej wymagające dzieło Tool do tej pory, któremu trzeba się w pełni oddać, podporządkować, by nie przegapić nic z tego, co słuchaczowi oferuje. Dla tych co twierdzą, że Tool skończył się po „Undertow” może być zbyt rozwleczona i monotonna, dla tych, którzy po przesłuchaniu „Lateralus” narzekali, że kawałki zbyt krótkie i zbyt proste, najnowszy album powinien być w sam raz. Osobiście uważam, że naprawdę warto wysupłać te 80 minut i zanurzyć się w te dźwięki w pełnym skupieniu. „AEnima” pozostaje moim faworytem, ale do „Fear Inoculum” z chęcią wracać będę.

Maggot

Ocena: 8.5/10

Tool – Fear Inoculum

Data premiery: 30.08.2019
Gatunek: Rock/metal progresywny/alternatywny
Czas trwania: 86:38
Maynard James Keenan wokal
Adam Jones gitara
Justin Chancellor gitara basowa
Danny Carey perkusja, syntezatory

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *